Gothic II

Wstęp

I oto powstaje! Po miesiącach oczekiwań druga część opowiadania o Bezimiennym!
Ten tekst nie ma na celu obrażania kogokolwiek. Serio! Moim celem jest rozbawienie ludzi, co w tych czasach jest naprawdę przydatne :D
Imiona i nazwy (oprócz małych wyjątków, nie zmieniłem np. imienia Mario ze względów artystycznych) pozmieniane są ze względu na kopyrajtsy, żeby się nie było do czego przyczepić, tak jak to było w poprzedniej części… eeeech.
A w przygotowaniu – Gothic 2,25 – Dzieje Bezimiennego, opowiadające to, co nasz bohater robił zanim dostał się do Górniczej Kotliny!

ROZDZIAŁ 1: U SARDASA I W KHURINIS

Był zimny, deszczowy i słoneczny poranek. Owce ćwierkały, wróble beczały, słowem, wszystko było tak, jak być powinno. Gdy nagle niebieski promień pojawił się przy wieży mrocznego maga Sardasa. Oto przed jego wieżą, po miesiącach nieudanych prób, majątku wydanym na obiady na wynos, wskrzesił Bezimiennego, który nie do końca nie miał imienia, ale nie pamiętam jak się nazywał, więc pomińmy to. Nasz bohater wstał, wytrząsnął obuwie z odchodów zrobionych przez owcę pasącą się przed wieżą Sardasa i zadzwonił do drzwi. Usłyszał ze środka demoniczny śmiech. Drzwi się otworzyły (same), Bezimienny wszedł do środka pokoju pełnego kłębów czarnego dymu. Sardas patrzył na niego zezem rozbieżnym, po czym zaśmiał się demonicznie i rzekł:
- A więc to ty jesteś Bezimienny... muahahahahahahaha....
- A ty to Sardas?
- Taaak… muahahahahahahaaa…. – Sardas miał świetnie wyćwiczony złowieszczy śmiech, a echo spowodowane pustką i kamiennymi ścianami dodawało efektu
- A teraz mi wytłumacz jedną rzecz – ja już prawie sobie umarłem, gdy nagle poczułem mrowienie na całym ciele i znalazłem się TUTAJ!
- Tak… muahahahahaaa….
- Skończ z muahahowaniem i odpowiedz na moje pytanie!
- O nic nie pytałeś… muahahahahaaa…. Dobra! Starczy tych żartów! Słuchaj, jest sprawa. Masz iść do Khurinis to takie miasto znaleźć Lorda Hogana i zapytać się o Oko Vinnosa on powie że nie jesteś godny otrzymania wiadomości gdzie też ono jest wtedy będziesz musiał go poszukać a jak je znajdziesz to ci się bardzo przyda do zadania rozumiesz?- rzekł Sardas jednym tchem
- Yyy… prawie rozumiem. Nie rozumiem natomiast kilku istotnych rzeczy. Po co mi Oko Vinnosa, dlaczego mnie wskrzesiłeś, gdzie jest Khurunis, kim jest Lord Hogan i jak mam się zaciągnąć do straży miejskiej?
- Odpowiem po kolei – do pokonania smoków; żebyś uratował świat przed zagładą; niedaleko od mojej wieży; dowódcą sraladynów stacjonujących w Khurinis; nie mam pojęcia jak!
- No niech będzie. Ale mam tak wyruszyć bez niczego? Nie mógłbyś tej mojej zbroi wydobyć spod gruzów?
- Niestety! Wskrzeszanie działa tylko na ludziach umierających w straszliwej agonii… muahahaha… Ale ale! Możesz wziąć tą oto zbroję – Sardas podał Bezimiennemu coś, co nie raczej nie było zbroją
- To jest worek po mące. – rzekł Bezimienny – jak on ma mnie ochronić przed czymkolwiek?
- Poczekaj, zaraz ci coś pokażę… Abrakadabra, czary-mary, fiku-miku!!! – worek zmienił się w obdarte łachy – Aaaaj, nie dopracowałem jeszcze tego zaklęcia… miała być ciężka zbroja z magicznej rudy.
- Dobra, daj to – nasz bohater założył łachy, zaskakującą dopasowane – Mogę jeszcze wziąć coś z twojej wieży?
- Tak… tyle nie zaglądaj do tej skrzyni na pięterku, muahahahahahaha…
- Ani mi przez myśl nie przeszło grzebać w twojej skrzyni, ty stary perwersie… - odrzekł Bezimienny
- Też byś był perwersem, jakbyś mieszkał samotnie w takiej strasznej, zimnej wieży… Brrr… a pod nią jest cmentarz. Wiem, bo czasami mi zombie tu przychodzi do pokoju. A wyobraź sobie, że raz w kuchni siedział sobie na taborecie szkielet z łukiem! Podałem mu obiad i sobie poszedł... Na samą myśl robi mi się niedobrze, dziamgał w tej swojej kościstej paszczy i jak połykał, to wszystko spadało na podłogę!
- Ooo… no to ja się będę zbierał… - rzekł nasz bohater i przeszukał wieżę. Znalazł jedynie widły, zużyty zmywak i sznurek do prania. Wziął jedynie widły i oczywiście zajrzał do skrzyni Sardasa… tam było dużo… eee… rzeczy od lat 18 wzwyż… a jako, iż czytają to być może nieletni, nie będę się rozpisywał co było w owym kufrze. Tak czy inaczej – obawy przed pogłębiającym się zboczeństwem Sardasa zostały potwierdzone. Nasz bohater poszedł polną drogą naprzód. Zabił po drodze owcę, następnie zauważył wilka, któremu toczyła się piana z pyska, toteż czym prędzej przebił go na wylot. Wilk zaśmiał się szyderczo, po czym upadł i zdechł. Bezimienny wyjął widły (wyciągając nieco flaków). Musiał pomóc sobie butem, bo się zaplątały pomiędzy wątrobą a jelitem. Nareszcie udało mu się to i z widłami w rękach poszedł dalej. Po chwili zauważył jakiegoś człowieka stojącego przy schodach.
- Ty! Tak ty! W łachmanach, chodź no tutaj!
Bezimienny bez wahania wymierzył widłami i już miał pchnąć nimi do przodu, gdy facet powiedział:
- Czekaj! Nie przebijaj mnie! Nie zabijaj! Chodź za mną na górę, proszę!
- O nie! Ostatnio gdy poszedłem z kimś na górę, wyszedłem z podziurawionym ubraniem i kilkoma strzałami w brzuchu.
- No chodź!
- Nie!
- Proszę cię!... Yyy, koń mi umiera i… i nie wiem co zrobić!
- O… - Bezimienny zaczynał mieć wątpliwości, czy koleś rzeczywiście kłamie
Cóż było zrobić? Nasz bohater, trzymając widły w pogotowiu, rozglądając się jak tygrys szukający zdechłego zwierzątka, poszedł za kolesiem. Kiedy byli na górze, gość zaprowadził Bezimiennego przez jaskinię do jakiejś nory. Na "ścianach" wisiały ludzkie głowy, spod kupy siana zmieszanego z błotem wyszła świnia radośnie chrumkając, a za oknem nory ktoś kopał szpadlem doły. Człowiek powiedział:
- Zrzuć mi ten gnój z furmanki, a być może puszczę cię wolno!
I wtedy Bezimienny sobie uświadomił, z kim rozmawia… przyjrzał się dla pewności jeszcze raz twarzy nieznajomego, po czym spanikował.
- O nie! Ty jesteś Wujas Hendryk!!!
- Tak, to ja! WYWAL GNÓJ!
Wujas Hendryk – chodzą pogłoski, iż człowiek ten był niezwyciężonym dowódcą armii orków. Wreszcie zginął od zatrutej strzały sraladyna. Jeden z orkowych szamanów wskrzesił swego dowódcę, niestety Hendryk na zawsze stał się brudnym, tępym farmerem. Nasz bohater znał sposób na jego pokonanie... Jednak sposób ten mógł spowodować śmierć całej Martyny, Bezimienny jednak nie chciał wywalać gnoju. Zaryzykował więc, przywołując na myśl słowa z legendy.
- Dość tego wujasie! Chcesz to poczuć na swym ryju?!- powiedział nasz bohater wskazując na kostkę mydła, z niewiadomych przyczyn znajdujących się w jego kieszeni
- O, nie! Nieeeee!!! Idź precz, idź precz!!! Czosnek! CZOSNEK!!! WON! ZOSTAW MNIEEE!!!
Bezimienny podszedł do wyjścia i w najmniej oczekiwanym momencie rzucił mydłem w Heńdka. Ten zaczął skwierczeć i parować, krzycząc przy tym i wijąc się jakby opętał go Buliar, a nasz bohater biegł tak, że o mało co nie wykopał nogami dołu w ziemi. I tak oto nad całą Martynę wyleciał gigantyczny obłok cuchnący nawozem naturalnym. Jednak stała się rzecz straszna, Bezimienny nie przewidział tego - z nieba zaczął padać... gnój. Szybko więc pobiegł do pierwszego domu, gdzie jakaś baba smażyła mięso na spalonej patelni.
- Czego tu szukasz? Odejdź! –rzekła baba smażąc
- Uciekałem przed gnojem.
- Coooo? Przed gnojem się nie ucieka! Gnój to najlepsza przyprawa do spalonego mięsa ze spalonej patelni! Daje taki… taki… taki naturalny posmak raju!
- To smacznego, bo właśnie pada z nieba.
- Hahaha! Gnój pada z nieba, hahaha… O W MORDE, FAKTYCZNIE PADA Z NIEBA!
Baba wybiegła, a nasz bohater wyjrzał przez okno chaty. Jakiś farmer i kilku rolników łapali gnój na co tylko się dało. Baba szybko wyjęła garnek z za pazuchy i poszła pomóc mężowi i kolegom. A Bezimienny siedział i siedział, chciał przeczekać ten dziwny deszcz. Nagle poczuł ciepło i ostry smród.
- O nieeeeee.... głupia baba zostawiła mięso na patelni!
Prawie cały dom zajął się ogniem. Bezimienny wybiegł poodparzany, ale szybko zawrócił gdy dostał zapleśniałym gównem w oko. Z deszczu pod rynnę. W domu było z 1000000*C.
- ŁAAA CO ROBIĆ?! - panikował Bezimienny i wtedy właśnie pojawiły się... kłęby czarnego dymu.
- KHY KHY EKHY!!! ŁEEEECH KHY!!! BARANIE CO ZROBIŁEŚ?! - darł się Sardas w przerwach między odkasływaniem
- To nie ja to Brunhilda!
Wtedy Sardas wyjrzał przez okno i zaczął sypać jakieś pogróżki do tej baby.
- Przez ciebie ten człowiek mógł nie pokonać smoków! Jak mogłaś… Ja ci dam! Niech cię dosięgnie gniew Buliara!… - syczał złowrogo
Dół jego szaty zaczął się palić. Bezimienny starał się delikatnie przekazać Sardasowi, że płonie, ale ten wpatrywał się w Brunhildę. Kiedy szata spaliła się do gaci oprzytomniał, spojrzał w dół, zapiszczał jak dziewczynka i wskoczył za fotel.
- Mamo wstydzę się!
- Żałosne… - pomyślał Bezimienny i zauważył na ścianie gaśnicę. Ugasił cały dom, szatę Sardasa, po czym wyrzucił przyrząd przez okno, zabijając jednego z farmerów headshotem. Wszyscy zatrzymali się w miejscu (głupia baba stała na rolniku, który stał na Rybałcie), popatrzyli chwilę na Bezimiennego i martwego farmera, po czym machnęli rękami i zaczęli znowu zbierać nawóz naturalny. Nasz bohater wlazł do izby obok, otworzył skrzynię i wyjął z niej strój farmera i wino, które wypił na miejscu. Tak uzbrojony w roboczą kufajkę, spodnie i filce ruszył do Khurinis, nie zapominając po drodze wziąć swoich widełek. Kiedy był na skrzyżowaniu, zauważył kolesia siedzącego na ławeczce. Potrząsnął go, ale nic to nie dało, więc wydarł się:
- RATUNKU! ORKI MNIE GONIĄ!!
Facet zerwał się na równe nogi ze złamanym do połowy sztyletem w ręku. Biegał to tu, to tam, wreszcie biegając krzyknął do Bezimiennego:
- GDZIE?! GDZIE TE ORKI?! Aha! Już wiem!
I pobiegł gdzieś na wschód. Nasz bohater odprowadził go wzrokiem, po czym ruszył w stronę mostku. Zauważył dwóch strażników. Kiedy podszedł bliżej, jeden z nich spojrzał na niego i wyciągnął miecz.
- Stój! W imieniu Lorda Hogana, Lorda Andrzeja i Lorda Voldemorta - stój! Stój! STÓÓÓJ!!!!!
- Przecież stoję!!! - rzekł zgodnie z prawdą Bezimienny
- To dobrze, bardzo dobrze- rzekł strażnik, chowając miecz – ostatnimi czasy zrobiło się tu niebezpiecznie. Ciągłe napady bandytów, gwałcicieli i tak dalej… Ale czego chcesz?
- Wpuść mnie do miasta!
Strażnik chwilę postał w miejscu, po czym chciał usiąść na krześle i pomyśleć, czy wpuścić obcego, czy też wypędzić go. Niestety, krzesła nie było, więc z krzykiem spadł z mostka w rów wykopany pod nim, łamiąc obie nogi i skręcając obydwie kostki. Drugi strażnik tymczasem w skupieniu układał pasjansa z dwóch kart (dwójki pik i asa pik) na taborecie. Nasz bohater bez problemu wszedł do miasta. Spojrzał za siebie ciągle idąc, dumny ze swej przebiegłości, gdy nagle wpadł na jakiegoś pana w srebrnym wdzianku.
- Stój, nieznajomy! - rzekł nieznajomy
- Co?
- Stój, nieznajomy! - powtórzył nieznajomy
- Aha, no, stoję. Czym mogę służyć?
- Niczym, oto prawa tego miasta: (Bezimienny ziewnął) Zabrania się wchodzenia z widłami - rzekł i wymownie spojrzał na broń przybysza. Podniósł rękę, po czym telekinezą chwycił widły. Bezimienny dosiadł widły, tak jak czarownice miotły. Leciał więc na widłach, a Lot bin Haren (jedyny arab w służbie Lorda Hogana) starał się go z nich zrzucić. Na próżno - nasz bohater był już bardzo zżyty z owym narzędziem rolniczym i nie chciał go oddać bez walki - Ech... - westchnął sraladyn i puścił widełki - po raz pierwszy w życiu ktoś postawił się mojemu potężnemu zaklęciu. Zwykle puszczają je po około dwóch sekundach. Jak cię zwą, nieznajomy?
- Zwą mnie Bezimienny, co prawda mam jakieś imię, ale nie wiem jakie.
Sraladyn klęknął więc i złożył ręce (czyli po prostu wyglądał tak, jakby się modlił). Pochylił głowę przed Bezimiennym… w momencie jednak ją podniósł i wstał, karcąc się w myślach.
- Wybacz, nie wiem co mnie skłoniło do tego skłonu… A więc czego chcesz?
- Miastu zagraża banda smoków i muszę powiedzieć o tym Lordowi Hoganowi.
- Smoki! Te pradawne istoty! – spytał bin Haren
- Zaraz, zaraz! To nie twoja kwestia! Masz mnie wyśmiać debilu!
- O faktycznie! Smoki?! Ha ha! Niestety, ale na razie nie zostaniesz dopuszczony do Lorda Hogana, Znajdź pracę, albo coś. Ja muszę iść załatwić superarcyważną sprawę. I jeśli jeszcze raz zaczniesz komuś opowiadać brednie o smokach, to powyrywam ci paznokcie i zęby! – rzekł arab, po czym odszedł.
Bezimienny wzdrygnął się, po czym postanowił spróbować u strażników bramy do górnego miasta.
- Ekhem… - chrząknął Bezimienny, strażnicy byli jednak zbyt zajęci graniem w pokera żeby go usłyszeć – EKHEM!!!
- AAAA! O Vinnosie! Ale mnie przestraszyłeś! Przez ciebie wyleciały mi karty, a miałem karetę asów!
- Co miałeś? A zresztą nieważne…
- WAŻNE! Gramy o ważną rzecz! Przegrany będzie musiał popełnić samobójstwo!
- Aha. Wpuścicie mnie?
- Oooooo nie, żebyś nam podeptał karty? Nic z tego!
- Nie podepczę wam kart!
- Nic z tego! – odrzekł drugi strażnik – nie przejdziesz tędy. Chyba, że zdobędziesz UCZCIWĄ pracę, zostaniesz strażnikiem, magiem ognia albo, brr... – wstrząsnął się - najemnikiem. Wtedy nie będziemy mieli wyjścia i przestawimy stół.
Faktycznie nie było zbyt dużego przejścia, bo sraladyni ustawili stół dokładnie pośrodku wejścia.
Cóż było robić? Nasz bohater zawrócił. Zobaczył jakiegoś starszego jegomościa tnącego piłą szafkę.
- Hej, czemu tniesz tą szafkę?
Pan spojrzał na Bezimiennego jak na wariata. Po chwili jednak odwrócił powoli głowę w lewo, na szafkę. Wydarł się tak, że Sardas upuścił buteleczkę ze swoim nowym wynalazkiem – nawozem dla koni, który rzekomo miał zwiększyć ich szybkość. Teraz to Sardas się wydarł, jednak jego okrzyk został zagłuszony przez staromodne, wilgotne skały jego wieży. Człowiek ze złamanym sztyletem szybko uciekł z jego wieży, do której niechcący wszedł szukając orków. Mag obudził jednak demona, z którym to stoczył długą, zwycięską walkę w bierki, przez co wygrał umowę z potworem i ten musiał się wyprowadzić z domu Sardasa. Stolarz rzucił piłą o mało co nie obcinając głowy kowalowi, który zaklął szpetnie. Usiadł na ławce i złapał się za głowę.
- Wiesz ile ja robiłem tą szafkę?!
- Eem... z tego co widzę to nie jest jakaś zaawansowana technika... stawiam na pół godziny!
- Cholera zgadłeś. A tak przy okazji, jestem Thorbiel, ale znajomi mówią na mnie Thorbacz. A więc w czym mogę ci pomóc panie...? - spojrzał pytająco na Bezimiennego
- Panie?... – spytał nasz bohater niepewnie. Nikt nigdy tak do niego nie powiedział.
- Tak. Więc w czym pomóc panie Panie?
- Yyy… Chcę pracować!
- Gdzie? - spytał zaskoczony Thorbiel
- Nie wiem, a gdzie tu można pracować?
- Nooo na przykład u mnie. Ale za darmo, bo nie mam kasy. Ten przeklęty Sonar…
- Daruj sobie! - powiedział Bezimienny, wzruszył ramionami i już chciał odejść, gdy poczuł na ramieniu rękę.
- Zaczekaj... zrób coś dla mnie.
- A co będę z tego miał?
- Wstawię się za tobą u innego mistrza! - rzekł Thorbiel
- A po jakie licho?
- Musisz mieć poparcie co najmniej 9 mistrzów. U nas jednak tylu nie ma, więc wystarczy ci 3 mistrzów.
- No dobra, zgoda. Co mam zrobić?
- Przynieś mi takie widły jak ty masz! - rzekł Thorbiel – zawsze o nich marzyłem, ale jak prosiłem ojca o nie pod choinkę, to mi kupował takie plastikowe widły na baterie.
- Noooo… niech będzie, to chyba nawet uczciwe.
Odwrócił się na pięcie i sprintem pobiegł do Rybałta. Wokoło leżał gnój (dziwna sprawa, że tylko na tą farmę spadł… prawdopodobnie pola te były namagnesowane drewnem, przez co ściągały nawóz i inne artykuły rolnicze).Bezimienny rozejrzał się. Nikogo nie było w pobliżu, wszyscy siedzieli w domu i jedli przyprawione, spalone mięso, więc pobiegł do stojących nieopodal wideł. Wreszcie chwycił je w rękę i zaczął uciekać do miasta z nieprawdopodobną prędkością. Dotarł do bramy, przeskoczył nad połamanym strażnikiem, któremu lekarze wkładali nogi w gips i wyrżnął się potykając o taboret. Cały pasjans z dwóch kart się rozsypał. Układający go strażnik jeszcze przez chwilę patrzył w miejsce, gdzie przed chwilą leżały karty, po czym nagle wstał i ryknął niczym rozwścieczony lew. Obejrzał się w lewo, potem w prawo, z jego nozdrzy buchała para. Wreszcie opadł na ziemię i zaczął płakać. Bezimienny tymczasem szedł dalej, tamując krwotok z lewej nogi. Wreszcie zobaczył Thorbiela, ale wpadł na genialny plan. Z jego rany mógł zrobić świetną historię, dzięki czemu stolarz uważałby go za odważnego i skorego do poświęceń...
- O żesz w mordę… ledwo to przeżyłem! Orkowie zaatakowali wcześniej niż sądziliśmy, całe szczęście, że tam byłem. Przepędziłem ich z powrotem do Górniczej Kotliny. Gdyby nie to, nikt by nie przeżył tego ataku! Było ich tam ze sto milionów!
Thorbiel słuchał tej opowieści z zainteresowaniem, po czym powiedział:
- Naprawdę? Bo jak dla mnie to po prostu bałeś się, żeby cię jaki farmer nie zobaczył i biegłeś tak szybko, że rozwaliłeś sobie nogę o taboret stojący przed bramą. Ale oczywiście mogę się mylić bohaterze! A teraz powiedz, masz dla mnie widły?
- Jasne, że mam, oto one!
Thorbenowi oczy się zaświeciły na różowo. Wziął widły do ręki i wydał z siebie złowieszczy śmiech, takie grube BUAHAHAHAHAHAHA z echem. Podniósł widły do góry. Strzelił w nie piorun. Bezimienny spojrzał z otwartą gębą najpierw na widły, a potem na kupkę popiołu.
- Miałeś mi dać pozwolenie na pracę! NIECH TO LICHO PORWIE!!! - rzekł zdenerwowany. Jego prośba została usłuchana. Pod popiołem zrobiła się dziura i wielka, czerwona ręka wciągnęła resztki Thorbiela do otchłani piekieł. Widły pozostały jednak nietknięte, co wydawało się dość osobliwe. Bo czy widły mogą przetrzymać walnięcie piorunem? Bezimienny postanowił tą sprawę zbadać. Wobec tego poszedł szukać jakiegoś inteligenta. Wreszcie zobaczył jegomościa w długiej, niebieskiej sukience czytającego właśnie "...i wtedy Buliar sprawił, że było ciemno. Ale Ananas bał się ciemności i włączył światło. Buliar, w swej złośliwości znowu sprawił ciemność. Wtedy Vinnos stworzył słońce oraz księżyc i zakupił osłonkę na włącznik od światła!". Podszedł do niego i rzekł:
- Witaj, o najinteligentniejszy z najinteligentniejszych. Twa wiedza zdaje się świecić niczym słońce na niebie! Czuję się przy tobie niczym nic nie warty głupiec. Zdajesz się rozwiewać ciemnotę swą aurą mądrości…
No dobra, nie powiedział tak. Naprawdę to zaczął rozmowę w następujący sposób:
-Fajna spódniczka, z ryniacza?
Svetras, bo tak się nazywał ów ekscentryk, spojrzał na Bezimiennego z ukosa. Popatrzył chwilę w jego oczy, po czym rzekł:
- Dziękuję ci w imieniu Ananasa! W czym mogę pomóc synu?
- TATA?! - nie zaczaił Bezimienny
- Gdzie?! - wrzasnął Svetras rozglądając się na boki. Wreszcie pojął o co chodziło Bezimiennu – Jestem sługą Ananasa, synu. A "synu" dlatego, że nigdy nie będziesz miał wiedzy tak rozległej jak ja. Więc po cóż przeszkadzasz mi w głoszeniu dobrej, a czasami i niedobrej nowiny?
- Co? Przecież i tak codziennie mówisz to samo. Słuchaj, mam małe pytanie.
- Zaczekaj, synku! To będzie cię kosztowało.
- Ale ja nie mam pieniędzy! - rzekł Bezimienny
- Nie chcę pieniędzy. Chcę abyś zrobił dla mnie małą przysługę.
- No.. dobra, ale tylko wtedy, jeśli mi odpowiesz na pytanie.
Svetras patrzył chwilę z szacunkiem dla przebiegłej riposty naszego bohatera. Szybko jednak zmienił wyraz twarzy na urzędowy, po czym rzekł:
- Dobra, niech ci już będzie. Więc pytaj, młodzieńcze drogi.
- Otóż ukradłem… eeee…. pożyczyłem bez pytania widły od pewnego farmera, ale on by mi na pewno je pożyczył! Miałem je zanieść stolarzowi. Dałem mu je, podniósł je w górę, i z nieba strzelił piorun. Ze stolarza została kupka popiołu, którą zabrał diabeł, a widły pozostały nietknięte. Jak to wytłumaczysz?
Svetras stał chwilę milczał, po czym rzekł:
- Twa opowieść wydaje się nieprawdopodobna, ale nie wyczuwam, byś próbował mnie okłamać. Wobec tego pokaż mi te widły.
Cała ludność, znudzona, słuchająca kazania po raz tysięczny, teraz zamieniła się w słuch. Wreszcie Svetras obejrzał je dokładnie i powiedział:
- Niesamowite... chłopcze, czy ty wiesz, co TO, to, to co tu widzisz przed sobą, o to to jest?!
- Eee... widły? - spytał niepewnie nasz bohater
- Tak, racja. Ale jakie widły... Te widły to… Widły Przeznaczenia… Powstały z superatomowej rudy, za czasów króla Robaka I. Nikt nie jest w stanie ich złamać, a ten, kto je ma w posiadaniu, może nimi czarować. Legenda mówi, że pewien ork został zaprzężony do ciągnięcia maszyny wydobywającej rudy. Kiedy jeden ze strażników dźgnął go widłami, ten wezwał na pomoc Buliara. Bóg zła mu pomógł, zabijając strażnika. Część jego boskiej mocy została jednak przelana do broni zabójcy. To jest jednak zbyt wysoka magia dla takiego pachołka jak ty. Musisz się dostać do klasztoru magów ognia. Tam wielmożny arcymag arcymagów Prorokar powie ci, co z nimi zrobić. Teraz idź!
Bezimienny już miał odejść, gdy ktoś złapał go mocno za kark. Odwrócił się gwałtownie i zobaczył twarz Svetrasa, który powiedział:
- Idioto! Wiesz jak tam dojść chociaż?!
- Nie.
- No tak, znowu wszystko muszę robić sam... - rzekł Svetras zniecierpliwiony
- Że niby co?! Przecież to ja idę do klasztoru, nie ty!
- Tak, ale nie wiesz jak tam dojść. Kurde, ja też nie wiem. Więc mamy problem.
- A mapa? - spytał się nasz bohater
Svetras podniósł palec do góry w geście świetnego pomysłu.
- Już wiem! Mapa! Musisz mieć mapę głupcze! Wiesz chociaż gdzie dostać mapę?
- U kartografa?
Svetras chwilę zmarszczył brwi w wyrazie głębokiego zamyślenia, po czym rzekł z triumfem:
- Musisz iść do kartografa! Tępa u ciebie głowa. Bratim. Tak ma na imię, zapamiętaj - Bratim. B-R-A-T-I-M. - przeliterował na koniec jak małemu dziecku.
Bezimiennemu cierpliwość się definitywnie skończyła.
- Zamknij się ty kupo smoczego łajna!!! – wykrzyczał z groźnym wyrazem twarzy
Svetra upadł na kolana, zasłonił się jak przed uderzeniem i spojrzał na niego wzrokiem zbitego psa, po czym drżącą ze strachu ręką podał widły.
- I jeszcze jedno – rzekł nasz bohater – pewien mag mówił mi o smokach. To może być prawda?
- Ale co ci mówił o smokach? – powiedział Svetras, czyszcząc spód szaty z piasku.
- Że zaatakują Khurinis czy jakoś tak.
- Wielkie nieba! A więc miałem rację! Wygrałem zakład!!!
- Że co?
- Nic nic… idź już, idź!
Nasz bohater ruszył w stronę portu, gdzie rzekomo mieszkał kartograf. Kiedy już był w porcie, zobaczył jakiegoś krótko obciętego faceta z kolczykiem w nosie. Bezimienny chciał go zignorować, jak zresztą wszystkich, ale niestety nie udało się. Twardziel zastąpił mu drogę.
- Jestem Noe. Dawaj kasę, albo pogadamy inaczej!
- Pogadajmy inaczej - rzekł Bezimienny
Noe był najwyraźniej zaskoczony odpowiedzią. Stanął z na wpół otwartą gębą i myślał, co odpowiedzieć. W końcu dał za wygraną i puścił naszego bohatera wolno. Ten był po raz kolejny tak dumny ze swej przebiegłości, że jakimś cudem od razu odnalazł tabliczkę z napisem "KARTOGRAFIA S.A.". Wszedł do środka i zobaczył jakiegoś łysego dziadka.
- Dziadku?...
- ZAMKNIĘTE. PROSIMY PRZYJŚĆ JUTRO! - powiedział bezzębny dziadek. A jako, że nie miał ANI JEDNEGO zęba, cała broda i pół domu było w jego ślinie. Nasz bohater wyszedł szybciutko i zaklął pod nosem. Jednak coś przykuło jego uwagę, a mianowicie tabliczka przed domem tuż obok - "BRATIM - KARTOGRAF".
- Gdzie ja do cholery wlazłem przed chwilą... - pomyślał Bezimienny i obejrzał się, jednak tego domu już nie było. Nie przejmując się tym zapukał do pozłacanych drzwi kołatką wykonaną z prawdziwie czystego i nieskazitelnego diamentu. Otworzyło mu jakaś stara baba.
- Zdrastwujcie, pażałsta! Nazywam się Żona Bratima! Co podać?!
- Yy… właściwie to chciałem kupić mapę u pani męża…
- A daaaać tam! Nu, to włazaj!
Nasz bohater chrąchnął i splunął na próg dla dodania sobie odwagi. Wszedł do środka i... zemdliło go. „O tak, to ten typowy swąd wody z mydłem, brr” – pomyślał Bezimienny.
- Ciebie też zemglyło? – spytał babsztyl – Mąż kazoł mi się umyć, to sie umyłom.
- Znam ten ból – powiedział Bezimienny współczująco.
Babina zaprowadziła go do biura Bratima, zapukała i uciekła prędko (a przynajmniej tak szybko, jak mogła w rozwalonych laczkach, wielokrotnie zbijanych gwoździami). Bezimienny obejrzał się, ale już jej nie widział - zniknęła gdzieś w błyszczącym labiryncie z antycznymi zbrojami i obrazami. Nasz bohater usłyszał ruch za drzwiami. Nagle ktoś z całej siły walnął drzwiami otwierając je. Bratim stał z naładowaną kuszą w ręku i celował w Bezimiennego. Wycedził przez zęby:
- Aha.. przyznaj się... śledzisz mnie... ty... ty i ta twoja zgraja łotrów... niech was dosięgnie gniew Vinnosa!!!
Nasz bohater chwilę tępo patrzył, próbując zajarzyć o co chodzi. Wreszcie zdobył się na kilka słów:
- Nie! Chciałem kupić mapę.
Bratim szybko schował kuszę do kabury i objął Bezimiennego ramieniem jak dobrego kumpla. Śmiejąc się donośnie wprowadził gościa do pokoju i wskazał mu fotel okryty aksamitnym jedwabiem. On sam usiadł za swym biurem i rzekł:
- Haha! Pozwoliłem sobie na taki ee… żarcik! Czego sobie pan życzy?
Nasz bohater nigdy nie słyszał, by ktokolwiek nazywał go "pan" (nawet przed wrzuceniem za barierę dzieci wołały go na różne sposoby, np. "e! ch**u!" albo "te, skur****nu"… no, co prawda Thorbiel do niego powiedział „pan”, ale Bezimienny nie zwrócił na to zbyt większej uwagi). Toteż nie wiedział, jak się zachować, więc tym razem postanowił odpłacić tym samym, a nawet spróbować być milszym (może kartograf sprzeda mu taniej mapę?):
- Proszę pana, ja chciałem panie Bratimie kupić mapę, która mnie doprowadzi do klasztoru proszę drogiego i najmilszego pana, mieszkającego ze starą babą jako swoją żoną, wobec czego pana heteroseksualnego (choć może nie do końca, patrząc na pana żonkę), prawdopodobnie pana nieobrzezanego, chociaż to proszę pana tylko domyślenia, pana zapewne pochodzącego ze Związku Radzieckiego, ale drogi pa...
- MÓW CZEGO CHCESZ!
- Chcę mapę do klasztoru! I nie krzycz na mnie! Bo zobaczysz! Ja ci dam!
Bratim wysłuchał Bezimiennego, wyglądał na baaaardzo zniecierpliwionego. Wysunął szufladę z biurka, która pierdutnęła na podłogę.
- Cholera...
Wyjął stamtąd kilkanaście rulonów, rozłożył je na biurku i rzekł:
- To kilka map prowadzących od miejsca mego zamieszkania do klasztoru. To, proszę pana, jest wersja platynowa, na pergaminowanym pozłacanym papierze. Kosztuje jedynie 200 bryłek rudy, czyli około 2000 sztuk złota.
- Ee... a coś tańszego?
Kartograf wyglądał na ubawionego.
- Hmm, coś tańszego, nie stać pana, haha... mam tutaj za pół sztuki złota mapkę na spalonym papierze. Jednak ostrożnie, proszę jej nie dotykać, bo się skruszy!
- Panie! Na co mi taka mapa, skoro nie można jej dotknąć?! - rzekł wnerwiony Bezimienny
- No chciałeś pan tańszą to masz!
- Ale bez przesady!!!
Bratim spojrzał na ruloniki. Pomyślał chwilę. Wreszcie spytał:
- A po co panu ta mapa? Pan mi na księdza nie wyglądasz...
- Mam ważną sprawę do arcymaga arcymagów, Prorokara. Chodzi o widły z superatomowej rudy.
Kartograf wstał szybko zza biurka i odskoczył pod ścianę. Wyjrzał za okno. Zasłonił złote żaluzje, po czym zamknął drzwi szafirowym kluczem. Wreszcie nachylił się nad Bezimiennym i powiedział ledwo dosłyszalnie:
- Czy ty wiesz, że za te widły pół Khurinis mogłoby ci poderżnąć gardło?? Te widełki są potężniejsze od samego Dziuriziela... masz tu mapę calutkiej Martyny, na jedwabno-poduszkowo-diamentowo-złoto-srebrno-niezniszczalnym papierze... gratis z GPS-em. Ale pod jednym warunkiem. Zanieś ten list do arcymaga. Będzie wiedział o co chodzi - z tymi słowami wręczył Bezimiennemu zapieczętowaną kartkę. Wreszcie go odprowadził do wyjścia, dając na drogę worek najlepszej kiełbasy czosnkowej oraz skrzynkę samogonu. Jednak nie było to zbyt wygodne, by nieść aż do klasztoru, toteż dodał Bezimiennemu konia i wóz. Załadowali razem prowiant i nasz bohater odjechał, mijając po drodze płaczącego strażnika oraz jego siedzącego na wózku inwalidzkim kompana...

ROZDZIAŁ 2: W DRODZE DO KLASZTORU

Była północ. Bezimienny wyjechał ledwie 10 metrów za bramę, kiedy piszcząc jak dziewczynka zeskoczył z wozu i z niewiarygodną prędkością zasuwał do miasta. Nie ma się czemu dziwić – na drodze przed koniem zasnął tłuściutki chrząszcz. Bezimienny zatrzymał się dopiero w porcie. Oparł ręce o kolana, pochylił się i zaczął dyszeć oraz charkać flegmą. Nie miał on dobrej kondycji, a wszystko przez to, że kiedyś wypalił zbyt dużo skrętów na raz i prawie wyparowało mu lewe płuco. Mimo potrójnego raka jakimś cudem przeżył. Po chwili palnął się w łeb:
- No nie... uciekłem przed chrząszczem?... a kiedyś Śniącego pokonałem! I kto by pomyślał, że się przestraszę takiego robaka…
- Ekhem… wszystko z panem w porządku?
Bezimienny odwrócił się szybko. Kilkunastu obywateli przypatrywało się naszemu bohaterowi, który w przerwach między charkaniem mówił do siebie. Bezimienny machnął na nich ręką. Wciąż dysząc i plując doszedł powoli do bramy. Koń, jak tylko zobaczył Bezimiennego, zaczął się śmiać. Nasz bohater wyjął powoli Widły i wycelował z kobyłę, która natychmiast umilkła.
- Słuchaj no... śmiejesz się ze swego pana?! Jak śmiesz się śmiać! Jeszcze raz, a dostaniesz tymi Widłami prosto w brzuch!
Konik pokornie zwiesił głowę. Bezimienny, zadziwiony własnymi słowami, wdrapał się na wóz i z całej siły trzasnął batem. Niestety chybił. Bat trafił na drzewo i obwiązał się dookoła pnia. Nasz bohater próbował go odwiązać, aż wreszcie udało mu się. Drzewo został wyrwane z korzeniami, zgniatając chrząszcza. Droga zdawała się nieprzejezdna. Bezimiennego to nie obchodziło i tym razem celując, trafił w konia, który zaczął biec przed siebie. Oczywiście się potknął i cała czosnkowa z samogonem się wysypały z worków, a nasz bohater po chwili próbował się wydostać spod przewróconego wozu.
- Jasny gwint! Mogłem pomyśleć!
Udało mu się wydostać spod pojazdu. Podniósł go, po czym zebrał pożywienie do worków. Drzewo zaś porąbał Widłami i upchnął Rybałtowi (pobliskiemu farmerowi) za 4 sztuki złota i 2 kamyki. Wrócił na wóz, po czym mocno trzasnął batem w kobyłę, która biegła, biegła, biegła… a raczej galopowała, galopowała, galopowała... Nasz bohater zapadł w błogi sen...

Kiedy się ocknął, był przy klasztorze. Coś mu jednak nie pasowało, a mianowicie fakt, że przy wejściu stał sfinks.
- Hahaha! Witaj, nieznajomy! Oto zagadka: to jest złote, jest okrągłe, jest na niebie, mocno świeci, jest to część układu SŁONECZNEGO i teraz to widzimy. Co to takiego?
Bezimienny wytężył swój mózg, jednak nie wiedział co to jest. Zasłonił ręką oczy (słońce go raziło) i myślał dalej. Po tygodniu uśmiechnął się niepewnie i rzekł:
- ...koło?
Sfinks popatrzył chwilę na niego, po czym wyjął z kieszeni sznurek i powiesił się. Bezimienny tymczasem prześliznął się obok niego i wpadł do fosy... i leciał wprost w paszczę wielkiego smoka…

Obudził się z krzykiem, zlany potem. Dopiero się rozwidniało, był świt. Rozejrzał się wokoło... coś było nie tak.
- Cholera, gdzie ja jestem?!
Zerknął na mapę i GPS-a. Był gdzieś przy tym znaczku z czarnym trollem. Zszedł z wozu i poszedł szukać drogowskazu. Jednak zamiast znaku znalazł wieeelką jaskinię, no i oczywiście, swoim zwyczajem, bez zastanowienia wszedł do środka. Wszędzie leżały rozkładające się ciała, ludzkie kości i kończyny oraz mózgi. Nasz bohater jednak miał zawsze jedną żelazną zasadę - jak gdzieś wszedłeś, szukaj wyjścia z drugiej strony. Tak więc żwawo truchtał do przodu, gdy nagle usłyszał ciche warczenie przed sobą.
- Ha! Mam cię, tam jest na pewno wyjście! - myślał sobie
Teraz już sprintował, a dziwne chrapanie było coraz głośniejsze. Wreszcie zobaczył jego źródło i... skamieniał. Tuż przed nim spał wielki, cuchnący, czarny stwór. Z jego nozdrzy buchał smród jakby ktoś wylał szambo. Starał się przejść jak najciszej obok potwora, ale oczywiście wyszło mu to tak, jakby stepował, toteż czarny troll po chwili się obudził. Obrzucił Bezimiennego czerwonym wzrokiem i wstał. Miał on z 10 metrów wysokości, tak że jego głowa prawie sięgała sufitu . Stwór złapał prędko naszego bohatera w gigantyczną łapę i zaryczał. Bezimienny ze strachu prawie się zesrał. Troll wyszedł z drugiej strony jaskini. Posadził sobie Bezimiennego na ramieniu. Nagle stało się coś nieprzewidywanego (a przynajmniej dla naszego bohatera). Otóż z krzaków wybiegły 4 wielkie dinozaury z prehistorycznymi ludźmi na grzbietach. Kiedy jeźdźcy zauważyli trolla, zakotłowało się. Z okrzykami "KONG! KONG! KONG!" zaczęli uciekać w stronę, z której przybyli. Tymczasem Bezimienny zdrapał się jakoś na ziemię i teraz biegł na oślep z powrotem przez jaskinię. Prędko wskoczył na wóz i z okrzykiem "WIOOOO!" pognał w drugą stronę. Wreszcie po kilku dniach zobaczył coś, co ożywiło mu serce. Udało mu się dojechać do klasztoru. Przed wejściem stał jakiś facet, prawdopodobnie nowicjusz. Nasz bohater zszedł z wozu i zaczął rozmowę:
- Szczęść Vinnosie! Szukam arcymaga arcymagów, Prorokara.
- Tak, nieznajomy! Fuj… - Bezimienny chuchnął mu prosto w twarz - Jest on za tymi drzwiami! Ja jestem Mario. Będziesz mógł wejść, ale musisz coś zrobić dla mnie.
Bezimienny był gotowy na wszystko, więc bez zastanowienia rzekł:
- Niech tak będzie, czego sobie życzysz?
- Znajdź mojego brata Luigiego. Ach... kiedy pojawiła się ta głupia księżniczka i wyszła za niego za mąż, odjechał wraz z nią do swego królestwa. Tam wiodą zapewne szczęśliwe życie.
- Hahaha! To takie smutne... gdzie jest ten twój cały zamek?
- On nie jest mój, bracie.
- JANEK?! - ponownie nie załapał Bezimienny.
- Żaden Janek!! Powiedziałem do ciebie bracie, ponieważ… iż gdyż… bo to takie zboczenie zawodowe. Daj mapę.
Nasz bohater podał mu mapę. Mario coś tam pomamrotał pod nosem i zakreślił czarnym markerem całą mapę.
- Luigi jest gdzieś tutaj. Znajdź go, a cię wpuszczę.
- Nie ma mowy, człowieku. Otwórz mi drzwi, albo sam sobie wezmę klucz.
- Haha! Nie masz tak wielkiej siły by mnie pokonać! Haha!
Bezimienny wyciągnął powoli widły. Błysnęły zielonym światłem. Mario z okrzykiem padł na ziemię, niebo zasnuły czerwono-krwiste chmury, a nasz bohater rzekł do niego władczym, grubym tonem:
- NOWICJUSZU! ODDAJ MI KLUCZ, ALBO POŻAŁUJESZ!
Mario natychmiast zaczął grzebać w kieszeni i znalazł klucz. Podał go szybko Bezimiennemu, światełko zgasło, a na niebo znów wróciło słońce i normalne, typowo wyteksturowane chmurki. Nasz bohater wszedł do środka. Tuż przed sobą zobaczył gigantyczny kościół, po lewej i po prawej stronie stały takie budynki z kilkoma drzwiami. Bezimienny wszedł do kościółka. Tam zobaczył 3 kolesi w czerwonych spódniczkach, skręcających jakieś papierki z trawą w środku. Kiedy zauważyli przybysza, zaczęli szeptać między sobą i nerwowo chować skręty po kieszeniach. Bezimienny, którego mózgownica była nieco... zacofana po wskrzeszeniu, nie skapował co robili, więc bez większych ceregieli podszedł do maga siedzącego w środku.
- Czy ty jesteś Prorokar?
Arcymag uniósł rękę (tak jak naziści robili przed Hitlerem) i rzekł:
- Tak, ja jestem Prorokar, syn Proroka i Prorokówny, ojciec... eee – opuścił rękę - dobra, czego chcesz?
- Przysłał mnie tu niejaki wodny mag Svetras. Mam jakieś dziwne widły, Widły Przeznaczenia...
Arcymagom się oczy rozszerzyły. Prorokar drżącą dłonią wziął do ręki przyrząd rolniczy. Wstał i położył go na ołtarzu, po czym zaczął odmawiać pradawne zaklęcie:
- Abrakadabra! Hokus Pokus! Czary Mary! CHOLERA! Który mi podmienił księgę zaklęć na tą bajkę dla dzieci?!
Żaden z magów się nie odezwał.
- Eeech… No nic. Sprawdzimy to ręcznie.
Podniósł Widły i wycelował nimi w sufit. Po chwili wystrzelił jasny promień, a z sufitu odpadł spory kawałek tynku. Mag uniknął spadającego odłamka, po czym rzekł:
- Chłopcze! Te widły są prawdziwie magiczne! Mogę cię nauczyć jak się nimi obsługiwać, będziesz jednak musiał złożyć przysięgę!
- Jaką znowu przysięgę? - zdziwił się Bezimienny
- Kto wie, do jakich celów chcesz tych wideł! Chodź tu, połóż rękę na widłach i powtarzaj po mnie słowa.
Nasz bohater, chcąc nie chcąc, spełnił rozkaz maga. Położył dłoń na trzonku i zaczęła się ceremonia:
- Ślubuję tym oto widłom, że użyję ich jedynie do celów, mających na celu dobro świata! - rzekł mag
- Ślubię tym widłom, nuż do dobrych celów! - powtórzył nie do końca tak samo nasz bohater
- Nie! Nie tak idioto! Taka przysięga jest warta mniej, niż kupa smoczego łajna! Jeszcze raz, powtórz!
Nie wiadomo, na co liczył arcymag. Pamięć Bezimiennego była ulotna, a on nie przypomniał mu tekstu przysięgi:
- Widły ślubiu świata?...
Arcymag złapał się za głowę. Wtedy Bezimiennemu się coś przypomniało.
- Hej! Bratim dał mi jakiś list dla was!
- Dawaj!!! - powiedział Prorokar wyrywając list z ręki naszego bohatera. Otworzył go, przeczytał po cichu, po czym rzekł:
- No tak... znowu mu się kibel zapchał... a mówiłem, żeby nie używał jedwabnego papieru toaletowego, bo się zapcha? Mówiłem. Eech... no nic. Jak będziesz wracał do Khurinis, weź to - powiedział, wręczając Bezimiennemu fiolkę z jakimś różowym płynem.
Nasz bohater wziął buteleczkę. Chciał wyjść, ale przypomniał sobie o widełkach.
- Te! A moje Widły Przeznaczenia?
Prorokar westchnął.
- Dobra. Dam ci te widły, ale tylko jeśli uda ci się wymówić skróconą formułkę przysięgi. Połóż rękę na trzonku wideł... nie! TRZONKU! O właśnie tak, i powtórz te słowa: "Ślubuję czynić dobro tymi widłami!"
- Ślubię dobrym widły! - powtórzył Bezimienny, tym razem celowo chcąc zirytować arcymaga – daj sobie spokój, muszę pokonać nimi smoki i armię orków!
- Niech ci będzie - rzekł zrezygnowany mag i podał naszemu bohaterowi Widły Przeznaczenia - ale pamiętaj! Jeśli ktoś się spyta, co to za widły, odpowiadaj "to zwykłe widły, nie żadne magiczne widły, najzwyklejsze widły do wyrzucania gnoju!”. Teraz jednak pora na naukę magii. Chodź za mną.
Arcymag wyszedł z klasztoru, a za nim Bezimienny. Weszli w jakieś drzwi, potem poszli schodami na dół, wreszcie dotarli do zaciemnionego pomieszczenia. W pomieszczeniu tym było mnóstwo pustych skrzyń/pustych beczek/pustych butelek/pustych garnków/itp.
- Gdzie my jesteśmy? - spytał Bezimienny
- W spiżarni, tutaj nikt nigdy nie przychodzi, bo i tak nie ma jedzenia. Dobrze. Pierwsze, czego się nauczysz, to zaklęcie sprawiające, że przeniesiesz się w przyszłość o jedną sekundę.
- Że co?!
- Hehe, żartowałem. Najpierw nauczę cię zabijać. Musisz wziąć widły w obie ręce, wysunąć je do tyłu i mocno pchnąć wroga.
- Eee... ale przecież to jest chwyt, jakiego zawsze używałem... - rzekł zgodnie z prawdą Bezimienny
- NIE! NIEMOŻLIWE!!! TO JEST ZAAWANSOWANA TECHNIKA! NIE MOGŁEŚ! NIE! KŁAMIESZ! OSZUKUJESZ!!! - panikował arcymag
- Uspokój się! To umie każdy! Naucz mnie CZARÓW! MAGII!
- Oooo... dobra. Ale nie ma tu czego uczyć - rzekł mag, wzruszając ramionami - widły czarują same, zależnie od potrzeb swego pana.
Bezimienny przypomniał sobie zielony promień, który powalił Mario i pozwolił mu wejść do klasztoru.
- Masz rację, już raz się udało. Chociaż… - przypomniał sobie czerwone niebo – mogą się pojawiać skutki uboczne. A więc ruszam dalej w drogę!
Arcymag odprowadził go do wyjścia. Na pożegnanie dał mu skrzynkę świeżo upędzonego samogonu i torbę czosnkowej.
- Niech Vinnos prowadzi cię zawsze dobrymi ścieżkami! - krzyknął do oddalającego się Bezimiennego.
Nasz bohater, popędzając czasem kobyłę, popijąc samogon i zagryzając go czosnkową, dojechał do jakiejś gospody. Miał już dosyć alkoholu i kiełbasy, toteż postanowił tam zajrzeć. Wszedł do środka, a tam przywitał go tłuściutki barman.
- Witaj! W czym mogę służyć?
- Eem, chciałem się napić i zjeść coś normalnego.
- Dobrze trafiłeś! Mamy najlepszy samogon i czosnkową!
Bezimiennemu na samą myśl zebrało się na wymioty.
- Nie, dziękuję. Macie coś innego?
Barman posmutniał.
- Był tutaj ON... zabrał wszystko oprócz samogonu i czosnkowej.
- Jaki znowu "on"?
- Nie wiesz? - zniżył się nad Bezimiennym i rzekł szeptem - przyjechał tu Lii i jego banda zboczeńców... Kiedy tu przyszli, każdemu wsadzili w d... nieważne zresztą. Dlatego tu jest teraz tak pusto, każdy się boi.
Nagle usłyszeli tęten kopyt, kilka koni zmierzało w tą stronę. Barman pobladł.
- Och, to nasz koniec! To Lii i jego chłopcy!
- Nie uciekaj! Ja im pokażę! - powiedział nasz bohater, wyjmując zza kufajki Widły Przeznaczenia - nic nie jest w stanie przeciwstawić się im wielk... - nie dokończył, bo drzwi od gospody runęły właśnie kopnięte przez jegomościa w srebrnej zbroi. Tuż za nim stało jeszcze kilku podobnych kolesi. Ten, który wywalił nogą drzwi, powiedział:
- Haha! Nowe młode ciałko! Chłopcy będą szczęśliwi, hehehe!
- Nie tak prędko, panie Lii! - powiedział Bezimienny i wycelował w niego Widły. Lii śmiał się z jego wyczynu, ale powoli śmiech ustawał. Nagle złapał się za głowę i z okrzykiem „ŚNIĄCY!!! WIDZĘ ŚNIĄCEGO! ZOSTAW MNIE W SPOKOJU, AAAAA!! UCIEKAJCIEEEE, ŚNIĄCY TU JEEEST!!!” zaczął uciekać z halucynacjami w nieokreślonym kierunku. To samo zrobiło jego wojsko. Barman popatrzył na biegnących w oddali najemników, po czym rzekł:
- Ha! Nie dziwota że uciekają! Brawo! Jak ty to zrobiłeś?
- Och, to tylko Widły Prz... odka, tak, właśnie, to Widły Przodka, mojego dziadka Bezimiennusa. A tak konkretniej tooo… "to zwykłe widły, nie żadne magiczne widły, najzwyklejsze widły do wyrzucania gnoju!” – powtórzył Bezimienny
- No, chyba że tak. Dziękuję za ocalenie, może zje pan kolację? Na koszt firmy!
- DO WIDZENIA PANU MUSZĘ JUŻ JECHAĆ! - rzekł Bezimienny wychodząc, miał zdecydowanie dosyć czosnkowej i samogonu. Wsiadł na wóz, popędził konika i ruszył z powrotem do Khurinis. Po drodze nie stało się nic ciekawego, no, może poza tym wielkim, piernikowym grzybem ludojadem, którego Bezimienny zadźgał Widłami. Wjechał przez bramę i zeskoczył z wozu, po czym zaczął sprintować do Rybałta. W połowie drogi zatrzymał się i rąbnął pięścią w łeb.
- Po co ja biegnę do Rybałta?!
Zawrócił i pobiegł do Svetrasa. Zmęczył się jednak niemiłosiernie, wyjął więc zza pazuchy fiolkę przygotowaną dla Bratima.
- Ale mi w garlde zaschło! Chyba nic się nie stanie, jak łyknę troszkę, bo samogonu mam definitywnie dosyć! - powiedział, dając sobie pozwolenie, po czym zrobił spory łyk. Odetchnął z ulgą, po czym zaczął biec dalej. Jednak okazało się, że ten magiczny przepychacz ma także właściwości narkotyzujące, działał lepiej niż grzybki-halucynki.

Wersja halucynogenna:
Zobaczył przed sobą ogromnych sraladynów niosące orki. Jeden z nich się zatrzymał i rzekł do naszego bohatera:
- Ty! Tak ty! Skocz no do sklepu po mleko! Mam dosyć samogonu!
Bezimienny ruszył do sklepu. Wszedł do środka, na półkach leżał jeden karton mleka, kilka Dziurizieli i figurki Prorokara. Podszedł do sprzedawcy i powiedział:
- Poproszę mleko!
Sprzedawca (owłosiony, obleśny dziad w tureckim sweterku, z kilofem wetkniętym za ucho) wyszedł zza lady i podał Bezimiennemu mleko. Nagle świat zawirował i nasz bohater znalazł się przed obliczem Buliara.
- Hahaha! Od dzisiaj to ja mam Widły Przeznaczenia! Hahaha! - rzekł złowieszczo Buliar i wyrwał Bezimiennemu karton z mlekiem, które to po chwili wylał. Nasz bohater się tak wkurzył, że wyjął Dziuriziela i zaczął okładać Buliara. Po chwili świat znów się odmienił. Tym razem był gdzieś w górach. Obok niego przeszedł koleś z maczugą, szybko więc go dogonił i rzekł:
- Hej! Buliar wylał mi całe mleko! Gdzie tu można kupić mleko?
- Tam u Vinnosa! Siedzi przy kominie!
Bezimienny poszedł do wielkiego komina stojącego pośrodku łąki. Już był prawie przy bogu, gdy nagle poczuł, jak ktoś go wali w twarz...

Wersja realna:
Bezimienny zaczął biegać tam i z powrotem, wymachując Widłami. Podbiegł do jednego ze sraladynów i zaczął chichotać, po czym poszedł do Bopsserra.
- Hej! Hihihi... Hehe, daj haha mleka!!!
Padł na podłogę i zaczął się histerycznie śmiać. Po chwili spoważniał, podniósł się ziemi i spojrzał z wściekłością na Bopsserra, który nie wiedział za bardzo o co chodzi gościowi. Bezimienny wymierzył Widły i krzyknął:
- TO MLEKO BYŁO DLA ORKÓW!!!
Rzucił się wściekle na sprzedawcę i prawie by go zabił, gdyby nie sprawna interwencja Straży Wiejskiej. Trzymali go za ramiona, a gdy przestał być agresywny puścili go. Nasz bohater chwile postał, po czym rozejrzał się wokoło.
- Hej, ty! - rzekł, patrząc na strażnika – Buliar wylał mleko! - i znów zaczął chichotać.
- Yyy… słucham? – rzekł zaskoczony strażnik
Bezimienny wyszedł z domu Bopsserra i ruszył żwawo do Svetrasa. Kiedy był już przy schodach, wyciągnął ręce i chichocząc chciał dosięgnąć maga, który szybko podbiegł i walnął go w mordę z liścia. Bezimienny padł na ziemię i ocknął się z halucynacji.
- Umarłem? - spytał
- Nie! Durniu! Co ty robisz! Przynosisz mi wstyd!
- Co? Aa... widziałem Buliara i Vinnosa!
- COO?! A ANANASA?! - spytał z nadzieją. Jednak po chwili zrozumiał swe idiotyczne pytanie, więc szybko się zrekompensował - No tak! Odejdź i postaraj się nie robić więcej szkód psychicznych, fizycznych i psychofizycznych!
Nasz bohater go zignorował, jedyne, co zapamiętał, to jak wypuszcza z ręki fiolkę z różowym płynem. Krzyknął i pobiegł prędko do bramy. Miał szczęście, przepychacz ciągle leżał. Podniósł go więc i zaniósł Bratimowi, który spojrzał najpierw na Bezimiennego (w jego wciąż mętnę, rozchichotane oczy), potem na buteleczkę i... zamarł.
- Coś ty zrobił! - spytał z wściekłością - wypiłeś mój przepychacz do kibla?! Jak śmiałeś! Teraz przepychaj go ręcznie!
I w ten oto sposób nasz bohater miał zajęcie na najbliższe parę godzin. Wreszcie po robocie wyszedł i skoczył na szybkiego browca, niestety, był tylko samogon. Kiedy skończył pić 500-procentowy trunek poszedł do domu, nie zwracając uwagi na to, że każdy patrzy na niego z rozbawieniem. Kiedy był w połowie drogi uświadomił sobie pewną ważną rzecz - on nie ma domu! Przeraził się nie na żarty. Nie wiedział, gdzie może przenocować, a spanie w rowie nie wchodziło w grę. No, a jednak musiało - bo oto już smacznie spał leżąc na poboczu. Miejscowi żule mamrotali coś do siebie o "zajmowanych miejscach", jednak nikt go nie obudził. Nastał ranek. Bezimienny chciał wstać rześki, jednak było to niemożliwe - straaasznie bolał go kręgosłup, nogi i głowa. Tak więc po omacku zaczął się czołgać w bliżej nieokreślonym kierunku. Zobaczył jakieś schody przed sobą. Nie wiedząc co czyni wdrapał się po nich. Kiedy już był na szczycie, zobaczył przed sobą jakieś srebrne buciki. Złapał się ich i powoli zaczął wdrapywać, najpierw po nogach, potem dotknął twardego kirysu, aż wreszcie spojrzał na etykietkę przypiętą do pancerza i... zamarł. „Lord Hogan” – przeczytał mrużąc oczy. Oto przed nim stał sam Lord Hogan! Patrzył z pogardą na czołgającego się wieśniaka w starych, obdartych spodniach, porwanej kufajce, gumofilcach i z widłami za pasem. Bezimienny odskoczył niczym oparzony i spadł ze schodów tracąc przytomność...

Ocknął się. Natychmiast usiadł i rozejrzał wokół. Leżał on w czymś, co przypominało drewnianą chatkę z cegieł. Powoli zszedł z łóżka, pod nogami poczuł coś śliskiego i gęstego. Spojrzał w dół – najwyraźniej wylało szambo. Ostrożnie ruszył do jedynych drzwi (ledwo trzymających się na jednym zawiasie) i wreszcie udało się, wyszedł na zewnątrz. Przy wyjściu ujrzał szyld "KFATERY SRALADYNUF". Był w jakimś mieście, nie wiedział jednak za bardzo, jakim. Ruszył pewnie drogą i doszedł do wielkiej willi z basenem i limuzynami. Pamiętając żelazną zasadę, wbijaną mu do głowy od dziecka ("Jak widzisz coś co ci się podoba i da się do tego wejść - wchodź!") zadzwonił dzwonkiem, który zabrzęczał "Tu-li-my, tu-li-my..." (Lord Hogan był fanem Teletubisiów© ). W drzwiach stanął stary, łysy jegomość w garniturze.
- Pan w jakiej sprawie? - spytał naszego bohatera
Bezimienny nie za bardzo wiedział, w jakiej sprawie przyszedł, więc odrzekł:
- Eem... kto tu mieszka?
- Wielmożny Lord Hogan, ale on nie ma czasu dla takich śmieci... khem, znaczy prostych ludzi jak ty.
Nasz bohater chwilę postał, aż wreszcie po 5 minutach dotarło do niego, że urażono jego godność.
- Ty! - krzyknął celując widłami w lokaja – wpuść mnie albo! A-albo…!
- Albo co? – spytał gość z rozbawieniem
- Albo…! Zapomniałem… - powiedział smutny Bezimienny, jednak szybko wymyślił odpowiednią ripostę – albo zobaczysz!!!
- Ojejku, ale się boję! Idź mi stąd, bo nie ręczę za siebie brudasie jeden!
To przeważyło sprawę. Bezimienny użył całej swojej mocy. Z wideł wystrzelił różowy płomień, trafiając dziadka. Staruch chwilę stał jak oszołomiony, po czym powoli, skulony uciekł do willi. Bezimienny zadowolony z siebie wszedł do środka. Było tu mnóstwo korytarzy i drzwi. Na szczęście u góry zobaczył wielki napis "LORD HOGAN - POKÓJ 12513". I tak oto poszedł przed siebie nasz bohater, i szedł i szedł, aż wreszcie, po kilku dniach doszedł do tegoż numeru. Zapukał do środka, głos za drzwiami kazał wejść. W ten sposób zachęcony Bezimienny wlazł do środka. Na wodnym łóżku leżał Lord Hogan, czytając magazyn „Pani domu” i zapijając winkiem własnej roboty. Spojrzał znad książki na przybysza i spytał:
- Czego chcesz?
- Chcę Oko Vinnosa!
Hogan chwilę jakby go zamuliło, siedział patrząc na twarz Bezimiennego. Po chwili powoli wstał i podszedł do naszego bohatera, mierząc go wzrokiem. W końcu rzekł ostrym szeptem:
- Skąd o tym wiesz?!
- Ja...
- Milcz! Nie pozwoliłem ci mówić!
Chwilę patrzył na Bezimiennego z wyraźnym oczekiwaniem, aż nie wytrzymał i ryknął:
- ODPOWIADAJ NA MOJE PYTANIA!!!
- Ale...
- MILCZ! Kto ci powiedział o tym?!
- Sardas...
- CO SARDAS?!
- Powiedział o Oku Vin...
- Coooo?! Sardas to mój rodzony brat... zdrrrajca... ale dlaczego on ci o tym powiedział?
- Wspominał coś o smokach.
Hogan opadł z tępym wyrazem twarzy na łóżko.
- Smoki... pradawne istoty, które rzekomo wyginęły w czasach dinozaurów... Skąd o tym wiesz?
- Eem... powiedział mi o tym mag Sardas...
- MILCZ! Sardas... stary nekromanta... i co powiedział?
Bezimienny zrozumiał, że ta rozmowa do niczego nie doprowadzi, więc przeszedł do interesów.
- Masz Oko Vinnosa?
- Niestety nie! Ja mam jedynie Odbyt Ananasa... ale Oko Vinnosa znajdziesz w klasztorze. Spytaj o Prorokara. – odrzekł sraladyn (tak naprawdę miał zapasowe Oko w szufladzie, ale nic o tym nie mówił)
Naszemu bohaterowi coś się przypomniało.
- Hej! Ja znam Prorokara!
- Milcz! Idź! Wyjdź! Won! Albo nie! Zostań! – krzyczał Lord Hogan – jestem taki samotny! Nikt mnie nie lubi! – zaczął się żalić, szybko jednak lokaj wprowadził mu kilka kobiet lekkich obyczajów – ZA KOGO TY MNIE MASZ?! Aaa… dobrze van Porąbon… szczęście, że zatrudniłem cię jako lokaja! A TERAZ WON!!! NIE CHCĘ CIĘ WIDZIEĆ NA OCZY!!! A WY CO TAK STOICIE?! DO ROBOTY, NIE PŁACĘ WAM ZA NADGODZINY! TY! WSTAW PRANIE! TY ZMYWAJ GARY! A TY IDŹ I WYCZYŚĆ MOJĄ LIMUZYNĘ! A TY ŚCIĄGAJ PAJĘCZYNY Z KĄTÓW!!! TE! GDZIE LEZIESZ! BIEGIEM PO SZCZOTĘ I SZORUJ DYWAN!!!
Bezimienny był już daleko za drzwiami wyjściowymi. Po kilku dniach wyszedł z willi. Odnalazł swój wóz (stojący dokładnie tam, gdzie go zostawił) i dał koniu trochę suchej trawy do zjedzenia. Ten zaczął jeść z takim apetytem, że o mało co się nie udławił. Nasz bohater próbował namówić rumaka do wypicia odrobiny (2 litrów) samogonu, ale koń zdecydowanie odmawiał współpracy. W końcu siłą wlał w niego alkohol i ruszyli znowu do klasztoru. Podróż była cicha i spokojna, gdyby nie ten atak armii orków, których Bezimienny rozgramiał przez bite 2 tygodnie swymi Widłami. Wreszcie ujrzał wieżę kościoła. Dojechał do klasztoru, tam stał nadal Mario. Gdy tylko zobaczył i poznał przybysza, z lękiem otworzył drzwi i skoczył do wody. Bezimienny wszedł do środka i ruszył do Prorokara. Magowie tym razem sprzeczali się między sobą, wymachując łodygami bagiennego ziela. Zobaczywszy gościa zakotłowało się i listki znalazły się w ich kieszeniach. Bezimienny intelektu nie nabrał przez ten czas, więc nie skumał co robili.
- Przychodzę do was po Oko Vinnosa!
Prorokar się roześmiał.
- Synu! Ty pewnie nawet nie wiesz o istnieniu takiego czegoś! Chociaż nie. Skoro mi o tym mówisz, to wiesz coś o tym. ZARAZ ZARAZ! SKĄD WIESZ O OKU VINNOSA?! GADAJ!
- Powiedział mi o tym pewien mag Sardas.
- Stary nekromanta... a więc on żyje? - spytał się jakże domyślnie Prorokar
- Nie, umarł zanim mi to powiedział.
- OCH NIE! CAŁA NADZIEJA STRACONA! - rozpłakał się mag i przytulił do siedzącego obok niego maga Skarpentesa
- Spójrz co narobiłeś! - wrzasnął Skarpentes na Beziminnego
- Nie! - zerwał się w momencie Prorokar z wyrazem spokojnego zdenerwowania na twarzy - Przecież... jakby nie żył, to by ci tego nie powiedział! Aha! A więc chcesz Oko Vinnosa? Owszem, mamy je. A dokładniej, ma je Mario. Idź do niego.
Bezimienny ruszył więc w stronę wyjścia, jednak nikogo nie zastał w pobliżu. Przeszedł za most - ani śladu, no, może poza tym stosem trupów nowicjuszy. Wrócił więc zawiedziony do klasztoru i nagle coś sobie uświadomił - ktoś lub coś musiało zabić tych nowicjuszy. Wrócił więc prędko do stosu i zaczął poszukiwania. Po około 2 sekundach zobaczył jakiś list.
"drogi mariuniu!
jak ci siem tam powodzi? Słyszałażech ja że strysznie mało rzarcia tam macie. Śle wienc ci worek ziemniakuf i skszynke najleprzego samogonu. Najec sie i wypij i pamientaj rze ja, twoja kohana genia, myśle o tobje i tensknie. Morze ci to jedzenie przypomni trohe naszom kohanom wieś. Tfoja na zafsze - genia"
Nasz bohater wyrzucił list, usiadł na trawie i zaczął myśleć. Nie zauważył, jak podszedł do niego jeden z nowicjuszy, wysłany przez Prorokara zresztą.
- Przepraszam pana... - zaczął tamten
- O VINNOSIE!!! Ale mnie przestraszyłeś! Czego chcesz?
- Eee… słyszałem, że szukasz Mario. Był u mnie dzisiaj i powiedział, że ucieka z Okiem Vinnosa, zabijając wszystkich nowicjuszów, którzy mu się sprzeciwią. Wspominał coś o jakimś Akil-lu.
- Wiesz gdzie jest farma Akil-la?
- Skąd wiesz, że on ma farmę?! - zdziwił się nowicjusz
- A! Eee... intuicja!
- Jest tutaj, na południowej-północy - rzekł nowicjusz, zaznaczając czarnym flamastrem miejsce na mapie - idź tam! Być może jeszcze nie jest za późno!
- Taaa... E! ZARAZ! - wrzasnął Bezimienny do odchodzącego kolesia - GDZIE MÓJ WÓZ I KOBYŁA?!
- Eem... - zaczerwienił się uczeń - No... wymieniłem za herbatniki z pewnym kolesiem...
- Jak on się nazywał?!
- Jej? Nie… Tego? Nie! O! Wiem! Jego!
- Jego... stary cwaniak... a więc on żyje?
- Nie.
- NIE?! - ryknął załamany Bezimienny. Po chwili uświadomił sobie, że wpadł w te same sidła, w które wplątał Prorokara. Otrząsnął się z zamyślania i na piechotkę poszedł na farmę Akil-la, nie żegnając się nawet ze swym dobro- i niedobro- dziejem. Po dwóch dniach dotarł na miejsce. Tam czekała go niespodzianka...

ROZDZIAŁ 3: GDZIE TO OKO?

Wszedł do środka obskurnego domu, który powinien raczej służyć za przechowalnię zakisłego mleka. Jakaś stara baba z jednym, jedynym, żółtym, zzieleniałym, popsutym i dziurawym zębem na froncie, na dolnej żuchwie gotowała golonkę w śmietanie z kiszoną kapustą ze skwarami oraz cuchnącą cebulą, a obok siedział mężczyzna, dłubiąc palcem czarnym od brudu w nosie. Bezimienny stał chwilę patrząc na widzianą scenę. Wreszcie zapukał w drzwi, które z hukiem spadły z zawiasów i rozsypały się na kawałki. Przestraszył się hałasem, jakiego narobił, więc lękliwie spojrzał na rodzinkę. Niczego nie zauważyli. Nasz bohater zachęcony tupnął w podłogę, spowodowało to reakcję łańcuchową - jedna z desek odchyliła się do góry, przewracając szafkę, z której spadł mosiądzowy wazon (robiąc kolejną dziurę w podłodze), jakieś bliżej niezidentyfikowane, gliniane naczynie, które rozprysło się na kawałki, robiąc tym samym kilka dziur w podłodze. Baba chwilę się wyprostowała znad kuchni, wsadziła palec do ucha, pogrzebała chwilę i wyciągnęła go. Wreszcie ryknęła opluwając wszystko wokół:
- STARI!! CHIBA KTOŚ PUKA!!!
- CO STARA?!
- PUKA KTOŚ!!! IDŹ SPRAWDZIĆ KTO!!
Akil-l wstał niechętnie (słychać było chrupot rozprostowywanych kości) po czym poszedł do wejścia. Na szczęście dla Bezimiennego, gospodarz był nieco ślepawy i nie zauważył tego małego bałaganu.
- CZEGO! - wrzasnął Akil-l
- Był tu Mario?
- JAKA MARIO?! JESTEM AKIL-L!!
- PYTAM, CZY BYŁ TU MARIO!!!
- JA NIE MARIA!!! A-K-I-L---L!!!
- Ech... - westchnął cicho nasz bohater - głuchy jak kret...
- SAM ŻEŚ GŁUCHY JAK KRET!!!
- Mario…? – wyszeptał Bezimienny
- AAA! BYŁO TAK ŁOD RAZU! BYŁ MARIO!! ALE POSZEDŁ!!
- GDZIE?!
- GODZINA?! NIE WIEM, WPÓŁ DO PIĄTEJ BĘDZIE PEWNIE!
- Gdzie...? - spytał cicho Bezimienny
- W STRONĘ JASKINI, GDZIE MIESZKAJU ORKI! DUUUŻO ORKÓW! CHOCIAŻ OSTATNIO ZDECHŁO ICH TROSZĘ!!
Nasz bohater wyszedł z "mieszkania" rozmyślając, jakim cudem ten koleś słyszy jedynie częstotliwość szeptu. Ta jedna myśl wystarczyła, by mózg się przegrzał, toteż otrząsnął się szybko i spojrzał na mapę i GPS. Nowicjusz zaznaczył mu nie tylko farmę Akil-la, ale też (jako prezent od firmy) jaskinię, którą podpisał "TU MOŻE BYĆ MARIO". Bezimienny pobiegł do owej jaskini. Kiedy był już przed nią, wytarł buty o wycieraczkę i zadzwonił. Otworzył mu jakiś łysy ork.
- Obcy! Czego chcieć! Mario tu nie być!
- Nie ma tu Mario?
- Nie! Nie być go nawet w lewy korytarz w pokój cztery!
- Aha, a mogę wejść i się rozejrzeć?
- A niech wchodzi!
I ork otworzył szerzej drzwi. Bezimienny wszedł do środka. Były tam 4 drzwi - jedne po lewo, drugie po prawo, trzecie na wprost i ostatnie wyjściowe. Otworzył te po lewej (nikt mu nie przeszkodził, ork był zbyt zajęty obgryzaniem paznokci) i odszukał pokój z numerem 4. Otworzył je za pomocą łomu stojącego nieopodal. Spał tam jakiś gość w ubraniu nowicjusza, a obok niego leżało oko wrzucone do znajdującej się na szafce pełnej wody szklanki, niczym sztuczna szczęka babci Kleofasy. Bezimienny powoli, na palcach się zakradł, ale niestety nie nauczył się skradać za dobrze, toteż spod jego nóg wydobyło się głośnawe "tup-tup". Mario skoczył, trzymając w ręku stary zardzewiały miecz.
- O NIE! TO TY! - wrzasnął, rzucił broń i padł na kolana. Nasz bohater nie wiedząc, co zrobić w takiej sytuacji, postanowił pozbyć się broni wroga, więc podniósł miecz i wywalił go przez okno. Po chwili zza okna doszedł ich odgłos wbijania miecza w ciało i zdławione "aaa...". Bezimienny wycelował widły w Mario i rzekł tonem władcy:
- Oddaj mi Oko Vinnosa! Natychmiast!
Nowicjusz spełnił prośbę. Wyjął szybko ze szklanki Oko i podał je Bezimiennemu.
- Panie! Mając Oko Vinnosa i Widły Przeznaczenia zrobisz wszystko!
- Wszystko?? - spytał zaskoczony Bezimienny, myśląc o sobie jako Prezesie Gwardii Rolników. Gwardia Rolników (dla jasności) to armia, która broni granic wyspy Zadupii. Zadupia - stąd pochodzi nasz bohater. Wracając jednak do głównego wątku - Mario pożegnał swego gościa, oddając mu raz po raz pokłony. Bezimienny wyszedł i gdy już prawie był przy wyjściu, zatrzymał go owłosiony ork.
- Obcy stać! Obcy mieć widła! Po co obcy mieć widła... wywalać gnój?
- Eeem, tak...
- Aaa to dobrze, być dobrze. Obcy móc przejść!
I przepuścił naszego bohatera . Przy wejściu czekał zaś… JEGO!
- Jego?! To naprawdę TY?! Ty stary draniu! Oddawaj mój wóz i kobyłę!
- Spokojnie! – odparł Jego – stoi tam – wskazał na mały lasek – musisz coś dla mnie jednak zrobić…
- To jest mój wóz i mój koń! Oddawaj albo pożałujesz! – ryczał wściekły Bezimienny
Moc Wideł zaczęła pulsować, wywołała u Jega strach.
- Spokojnie kolego! Bierz go sobie. I tak go nie potrzebuję!
Bezimienny odebrał więc swój pojazd i ruszył w stronę klasztoru. I znowu droga była bardzo spokojna, cicha i piękna. Oprócz tej bandy duchów, szkieletów i zmutowanych, wykastrowanych zombie. Wreszcie doszedł do klasztoru. Przy wejściu stał nowy strażnik.
- Stój, dla mnie nieznajomy, ale dla Prorokara znajomy! Musisz przyprowadzić owcę i przynieść 1000 sztuk złota.
- Że jak?! Mam Oko Vinnosa, przepuść mnie młodzieńcze!
- Co masz? Hahaha! Myślisz, że jak masz jakieś oko to ci wszystko wolno? Owca i 1000 sztuk złota - nie zmienię zdania!
I faktycznie - nie zmienił zdania, za to Bezimienny zmienił go w krowi placek. Sprawdził czy ma Oko i wszedł do klasztoru. Wokół unosił się zielonkawy dym, a magowie chichotali. Nasz bohater tym razem ruszył mózgownicą.
- Hej, magowie! - Prorokar i jego koledzy oniemieli ze strachu - Chyba się wam gaz ulatnia!
- A tak, hihihi! Cyklon BŁAHAHAHAHAHHAAAA B!!! AHAHAHAH!!! - rzekł Prorokar z donośnym śmiechem, a pozostałych dwóch magów zawturowało mu jeszcze głośniej - czego hehehe ch-chcesz? Hihihi!
- Mam Oko Vinnosa!
Magowie podskoczyli z tronów.
- GDZIE?!
- W dupie! - rzekł nasz bohater, przewracając oczami o 360 stopni.
- Co? Jak? W dupie? Wezwijcie nowicjusza Pedaliusa! On je wyjmie!
- Żartowałem! - krzyknął szybko zszokowany Bezimienny - Mam je w kieszeni!
- Jedno i to samo! Dawaj! - panikował Prorokar, podskakując
Nasz bohater podał im Oko. Magowie przyglądali się mu z namaszczeniem, aż wreszcie Prorokar coś zauważył.
- Hej! To Oko jest popsute!
- Co? Jak to?! - krzyczał Bezimienny
- Jak to: jak to? No popsute, potrzebujemy najlepszego kowala. Znasz jakiegoś? Tylko kowale mogą wytworzyć nowe baterie do Oka. Więc znasz jakiegoś kowala czy nie?
- Znam znam… Ten, jak mu tam było… Karad? - powiedział niepewnie nasz bohater
- HAHAHA! STARY KARAD?! AHAHA! Jedyne, co umie zrobić dobrze, to nachlać się tanim samogonem i obrzygać cały klasztor! Na samo wspomnienie robi mi się niedobrze, brrr! - rzekł z niesmakiem mag i otrząsnął się
- No ja nie znam innego kowala, przykro mi - odrzekł bezradnie Bezimienny
- Hoho! Nic nie szkodzi, JA znam! Musisz iść na farmę Lii! - powiedział Prorokar
- Że co?! Do tego starego zboczeńca?! ZA NIC!!!
I już po chwili jechał w stronę domu Lii, ciągle słysząc słowa Prorokara o górze ze złota i pięknych kobietach na farmie. Jednakowoż, co nietrudno było przewidzieć, zamiast dziewoj i bogactw otrzymał mocną pięść w czaszkę.

Obudził się i natychmiast zerwał z łóżka. A przynajmniej tak mu się wydawało, że to łóżko, bo w rzeczywistości leżał na kopcu siana. Obejrzał się. Bez cienia wątpliwości był w jakimś chlewie... No, nazwijmy to budynkiem mieszkalnym dla świń i knurów. Co gorsza, budynek ten był wyjątkowo brudny – wszędzie leżały małe kupki cuchnącego, parującego, świeżego gnoju z domieszką bliżej niezidentyfikowanej, zielonej cieczy. Kto wie, co próbowali zrobić najemnicy z tym naturalnym nawozem. Lepiej w to nie wnikać. Zeskoczył z siana i rozejrzał się. Ujrzał chlewne wrota. Po cichu się zakradł do nich… zakradł? Nie, raczej próbował się zakraść, bo nic mu z tego nie wyszło i po chwili „jechał” ciągnięty przez dwóch najemników pod ramiona.
- Hehe, panowie, bądźmy rozważni… - próbował negocjować Bezimienny
- Jesteśmy rozważni!
- Nie jesteście, bo gdybyście byli, to już dawno bym był na wolności!!
Najemnicy zatrzymali się i spojrzeli po sobie tępymi wzrokami.
- Yyyy… nieprawda-a! – zripostował jeden z nich
- Nieprawda?
- Nieprawda!
- Pewien jesteś?! – Bezimienny grał na czas
- No… - najemnik zdecydowanie przestawał być pewny siebie – tak!
- A ja nie jestem pewien, czy ty jesteś pewien, że ja nie jestem pewien pewności twojego kolegi!
- A… aha… dobra zamknij się bo cię uciszę! Idziemy!
I już po chwili nasz bohater był dalej ciągnięty w stronę największego budynku na farmie. „Wjechał” po schodach (obtłukując nieco kolana) po czym wrzucony został na drzwi, które oczywiście nie wytrzymały takiego naporu. Najemnicy najwyraźniej nieco się przestraszyli i zwiali najszybciej, jak to możliwe. A do Bezimiennego podszedł wysoki jegomość w zbroi, oblizując usta.
- Hohooooo… młodziutki jesteś! Ty jesteś tym nowym chłopaczkiem na moje perwersyjne usługi?
- Co? Nie! Mam sprawę do waszego kowala!
- Nie zmienia to faktu, że możesz mi się przysłużyć w nieco inny spos… O NIE!!! TO TY!!! Odejdź, odejdź! Nic nie mówiłem! Idź, jest w kuźni, idź już! Idź!
Bezimienny, zadowolony z uniknięcia „zabaw” z najemnikami i załatwieniu sprawy polubownie, ruszył w stronę odgłosu uderzania młotem o kowadło. Bez problemu odnalazł kuźnię. Kowal zaś… no właśnie. Ubrany był jedynie w swoją skórę, tzn. tak, jak go Vinnos stworzył. Miał na sobie jedynie dziurawą, sztywną od brudu skarpetę.
- NIEEE!!! JA JUŻ NIE CHCĘ!!! ZABIERZ MNIE STĄD!! – rzucił się na kolana przed obliczem naszego bohatera
- Yyy… właściwie to po to tu jestem. I ubierz się w coś – rzekł Bezimienny – weź to – dał mu ubranie, które jakoś się znalazło w jego kieszeni
Kowalowi wypadł młotek z ręki, a oczy przypominały wielkością sporą sztukę złota.
- Ubranie?! Daj mi, daj mi!
- Jak cię nazwali?
- Kto? – spytał zdziwiony kowal
- No twoi starzy! Czyli twój ojczym i twa matula!
- A! O to się rozchodzi. Nazywam się Bend. Bunet Bend.
- Bunecie…
- BUNETU!
- Bunetu? Ubierz się w to i idziemy!
Kowal po chwili był już odziany w stare, zniszczone, porwane spodnie i coś, co przypominało obdarty i podziurawiony kawałek materiału, na dodatek cuchnący naftaliną. Był środek lata, mimo to Bend nie miał zamiaru (ani odwagi) by narzekać.
- Chodź, tylko ciii… ani mru-mru! – rzekł Bezimienny i ruszył odważnie pierwszy. Wychylił się zza kowadła i dostał potężnego kopa w twarz.
- AAAŁ!! Czemu mnie bijecie?!
- Eeem… - najemnik podrapał się po łysej głowie z trzema podbródkami – nie wiem! – rozłożył bezradnie ręce
- Więc może nas stąd wypuścicie? – powiedział chytrze Bezimienny
- Aaa… po co?
- Idziemy tylko na chwilkę, jeśli nikomu nie powiesz, dam ci górę złota i piękne panienki do towarzystwa…
Najemnik stał jak słup i patrzył tępo przed siebie.
- Górę złota i piękne panienki do towarzystwa? – nadal stał otępiały
- Dokładnie.
Wreszcie coś ruszyło w mózgu najemnika.
- GÓRĘ ZŁOTA I PANIENKI?! Wchodzem w to! Tylko nikomu nie mówcie.
- Jeśli nas puścisz to nikomu nie powiemy!
- Nu, to idźta, tylko dyksr… dysrekt… cicho!
Kiedy już byli przy wyjściu z farmy, Bezimienny sięgnął ze swego wozu kawałek (nieco zapleśniałej już) czosnkowej i butelkę samogonu.
- Masz! Jedz! – rzekł do niebezpiecznie niedożywionego kowala
- CZOSNKOWA! SAMOGON! NIEEEE!!! Tylko nie to… nie masz nic innego?! Wyobraź sobie, że na farmie karmili mnie tylko TYM!
- Błe, ja też nie jadłem nic innego od paru dni… tygodni… miesięcy? – rzekł Bezimienny – ale wiem, gdzie możemy zdobyć nieco spalonego mięsa i śmierdzącej stęchlizną wody!
Po paru godzinach dotarli do domu Rybałta. W powietrzu można było wyczuć ten typowy swąd spalonego mięsa.
- Dobry! Jest pana żonka?
- A daaać tam li jest! TE, BRUNHILDAAA!!! CHO NO TU!
Baba wyszła z kuchni.
- Pany chcom cuś od ciebie!
- Po spalone mięso przyszedłem – rzekł Bezimienny
- Dobrze! Macie tu po udku! Chcecie może samogonu?
- NIE NIE, DZIĘKUJE UPRZEJMIE – powiedział nasz bohater i ruszył ku wozowi, po drodze nabierając nieprzyjemnie aromatyczną wodę ze studni do wiadra. Po chwili jechali powoli do Khurinis, żując spalone mięso (1 kęs na 10 minut) i popijając cuchnącą wodą.
- Stać! – rzekł ktoś przy bramie, salutując
Okazało się, że wreszcie przysłano nowego strażnika (połamanego wysłano do Domu Spokojnej Starości dla Strażników).
- Dowodzik i prawo jazdy na wóz poproszę – rzekł strażnik, wyciągając rękę
- Że co?! – Bezimienny był zdezorientowany – nie mam dowodu ani prawa jazdy! Od kiedy to trzeba mieć prawo jazdy na wóz?
- Od dzisiaj, wielmożny sędzia Khurinis wprowadził takie prawo, aby był ład i porządek!
- Taa… mogę porozmawiać z sędzią? – spytał nasz bohater
- Jasne! Jak tylko pokażesz mi dowód osobisty i prawo jazdy!
- Dobra czekaj… - Bezimienny pogrzebał w schowku wozu i znalazł wreszcie jakieś dokumenty – Masz!
Strażnik wziął papiery i szybko je przejrzał.
- Hmm, tak… więc to pani wóz, PANI KUNEGUNDO?
- Eee… Kundegunda to… tooo mój koń się tak nazywa!
- A to ciekawe! Ma pan wóz zarejestrowany na konia?
- Dokładnie, wpuść mnie do środka!
- O nie, nic z tego!
Bezimiennemu się znudziła ta rozmowa, więc wziął Widły Przeznaczenia i podniósł strażnika telekinezą, po czym wrzucił go do rowu, przez co żołnierz złamał obie nogi… Wjechali do miasta i zaparkowali na parkingu, niestety trafili na płatny, więc Bezimienny dał ostatnie 5 sztuk złota pobieraczowi zapłat za postój.
- Gdzie idziemy? – spytał kowal
- Yy… nie wiem po co tu przyjechaliśmy, bo mieliśmy jechać do klasztoru. No ale skoro straciłem już 5 złociszy za postój, to może chodźmy się zabawić do czerwonej lampy!
- O! Dobry pomysł, bo na farmie to wszyscy mnie…
- TAK WIEM O TYM – przerwał Bezimienny
No i poszli, co prawda 8 razy zabłądzili i pytali o drogę, ale wreszcie udało im się dotrzeć do burdelu. Weszli do środka i… zamarli. Bo oto za ladą stał nikt inny, jak Miltenteges, mag ognia!
- Dzień dobry kochani – rzekł słodkim tonem – chcecie się zabawić co?
- MILTENTEGES?! CO TY TU ROBISZ U DIABŁA?! – krzyknął Bezimienny
- Co… to ty?! Ty jesteś tym kolesiem, z którym naładowałem Dziuriziela!
- Tak, to ja! Co ty wyprawiasz?!
- Ooo, to długa historia. W skrócie brzmi ona tak: wywalili mnie z klasztoru i musiałem znaleźć inną pracę.
- Aha. No cóż… więc masz jakieś fajne kobietki?
Miltenteges zwiesił głowę.
- Niestety, wszystkie zajęte. Wybacz.
- A kiedy się jakaś zwolni?
Mag spojrzał na zegarek.
- O, poczekajcie chwilę. – powiedział i wszedł po schodach na górę – PYK! WON STĄD! KONIEC CZASU, INNI TEŻ CHCĄ SIĘ ZABAWIĆ Z NUDJĄ!
Po schodach zszedł strażnik, złorzecząc pod nosem. Za nim szedł Miltenteges, a dalej kobietka. Jak tylko Bunet i Bezimienny ją zobaczyli, pożegnali się i szybko wybiegli z burdelu.
- Co to było?
- Sam nie wiem… jak dla mnie to krzyżówka orka z człowiekiem! Brrr! – Bezimienny się otrząsnął
- Ona jest brzydsza od nocy… To gdzie teraz?
- Wiem! Chodźmy do Kurdefa! Co prawda to skąpy, pazerny frajer, ale ma dobre piwo w knajpie.
- Skąd wiesz? – spytał zdziwiony kowal
- Ach, słyszałem jakieś plotki…
I po chwili siedzieli w zadymionym pomieszczeniu. Podszedł do nich barman.
- Co podać?
- Yy.. ja poproszę piwo, soczysty stek z pomidorami i bochenek chleba.
- A ja poproszę o szklankę wody. – rzekł kowal
- Niestety, nie mamy tego na składzie.
- To dawaj co macie! – rzekł Bezimienny
Barman poszedł na zaplecze. Wrócił z tacą, na której stał samogon i czosnkowa.
- O nie… CZY TU NIE MA NIC INNEGO?!
- Och… mamy jeszcze spalone mięso i zsiadłą wodę jeśli wolicie.
- To nam dałeś wybór… to tak jak ja bym się ciebie spytał – co byś wolał, umrzeć w męczarniach czy straszliwej agonii?
- Osobiście bym wolał w straszliwej agonii – odrzekł barman – czy mam przez to rozumieć, że wolicie spalone mięso i skisłą wodę?
- Nie! Nic nie chcemy idioto! Idziemy Bunetu!
Kowal dumnie wstał i szybko się wyprostował wypinając klatę. Niestety, zawadził głową sufit. Mocno zawadził. Bardzo mocno nawet. Tak mocno, że stracił przytomność.
- Cholera jasna! Co wy tu za sufit macie?! – krzyknął nasz bohater
- Jaki mamy taki mamy! Jak chcesz więcej informacji to dawaj 50 sztuk złota! – zawołał zza lady Kurdef
- Powiedziałbym kur** mać, ale jako, iż jestem człowiekiem kulturalnym, ujmę to inaczej – wal się na ryj! – rzekł Bezimienny, po czym chwycił kowala pod ramiona i zaciągnął go nad morze. Tam zaczął chlapać zimną wodą w twarz Bunetu, a gdy to nic nie dawało, z całej siły uderzył pięścią w jego twarz:
- WSTAWAJ! OBUDŹ SIĘ! WSTAWAAAJ!!! – krzyczał nasz bohater okładając Bunetu. Kto wie, czy kowal by przeżył taką reanimację, gdyby nie interwencja Straży Wiejskiej.
- Zostaw go! Idziemy do Lorda Andrzeja śmieciu!
Zręcznie złapał Bezimiennego za kark i na oczach całego Khurinis zaciągnął go do koszar. Tam rzucił go przed oblicze sraladyna czytającego właśnie nowy numer magazynu „I ty możesz być modny”.
- Doszły mnie słuchy, że…
- Tak, tak – przerwał chamsko nasz bohater – ile płacić?
- Cóż, sądzę, że za taki wybryk będziesz musiał zapłacić kaucję na rzecz społeczną, konkretniej na jedzenie dla strażników broniących zamku królewskiego w Górniczej Kotlinie, dzielnie stawiających opór krwiożerczym orkom, służącym u boku najodważniejszych rycerzy i srala…
- ILE CHCESZ?! – krzyknął zirytowany Bezimienny
- …dynów. – Lord Andrzej zignorował naszego bohatera – Chronią oni kopalnie z rudą oraz robotników w niej pracujących. Wobec tego nie musisz nic płacić, albowiem mają oni jedzenia pod dostatkiem, ostatnio otrzymaliśmy dostawę jedzenia z Zadupii.
- Zadupii? – zdziwił się cicho Bezimienny –oni mają tam jedzenie?... – zwrócił się do sraladyna - to mogę iść? –
- Tak, możesz odejść.
Tak więc nasz bohater odnalazł szybko Buneta, którego straż przyniosła do sypialni w koszarach i zaczął nim energicznie potrząsać.
- Bunetu… Wstawaj!... WSTAWAAAAJ!!! – wydarł się w końcu
Kowal podskoczył i spojrzał ze zdziwieniem na Bezimiennego.
- A ty kto?! Gdzie ja?...
- Mieliśmy jechać do klasztoru debilu! Pamiętasz już?!
- Niechże pomyślę – Bunet zaczął drapać się po brodzie – mhm, coś pamiętam… Aaa! Już wiem! Ty mnie wyswobodziłeś od najemników! Jedziemy!
Bezimienny, nie będąc do końca pewny, czy z kowalem wszystko w porządku, ruszył do wozu. Tam wyrzucił zgrzybiałą czosnkową i wyruszyli do klasztoru. Po drodze Bunet cały czas idiotycznie rechotał, opowiadając żałosne dowcipy.
- Hehehehehe! Albo jak baba przychodzi do lekarza, a lekarz się pyta „co pani jest”? A baba „nic”!!! AHAHAHAHAAAA!!!
Bezimienny starał się nie zwracać uwagi na swojego kompana, więc zrobił sobie zatyczki do uszu z korków od butelek po samogonie. Gdy dotarli na miejsce, kolejny nowicjusz dzielnie broniący drzwi do klasztoru, od razu je otworzył, nie chcąc podzielić losu poprzedników.
- Dziękuję, młodzieńcze! – rzekł Bezimienny i machnął Widłami w kierunku nowicjuszu, na znak podziękowania. Niestety, moc zadziałała nie w porę i zamiast człowieka ujrzeli przed sobą domek drewniany.
- Aj, Widły powoli się rozgrzewają teraz – rzekł nasz bohater, po czym podłączył je do ładowarki
-…a on na to „nie dasz rady”!!! AHAHAHAHAHAHAHA! – kowal cały czas śmiał się z opowiadanych przez siebie żenujących kawałów.
Weszli do kościółka. Tam wszyscy magowie spali na swych tronach, donośnie chrapiąc. Atmosfera była jeszcze gęstsza i zieleńsza niż ostatnio.
- Halo! Prorokarze! Przyprowadziłem kowala!
Arcymag arcymagów ani drgnął.
- Prorokarze!... AAA! SMOKI!!! – ryknął nagle nasz bohater
- Smoki?! – wrzasnął Bunet i wskoczył za kaloryfer, jego nadgarstek lekko zaczął krwawić przez przejechanie po gwoździu, z niewiadomych przyczyn wbitym odwrotną stroną w grzejnik
- SmokI?! – krzyknął Prorokar, budząc się ze snu
- Gdzie?! – zawołał Skarpentes, ładując kulę ognia
- Aha! Teraz nam się nie wymkną! – rzekł z triumfem trzeci mag, Ulphaur
Zaczęła się bitwa. Magowie zaczęli rzucać ogniem po całym klasztorze, a nowicjusze bić się z powietrzem długimi kijami. Bezimienny szybko wskoczył pod ławkę. Po około 30 minutach Prorokar nakazał wstrzymać ogień.
- Hahaha! Przepędziliśmy je stąd raz na zawsze! A więc cóż ode mnie chciałeś, synu?
- Przyprowadziłem kowala, żeby naprawił Oko Vinnosa.
- Hmm… a gdzie on jest niby? – spytał mag, rozglądając się wokoło
- Eee… Bunetu! Nie było żadnych smoków!... To znaczy przepędzili je magowie! – poprawił się szybko, widząc złowrogie spojrzenia arcymaga arcymagów.
- Nie ma już smoków? – kowal bojaźliwie wyjrzał zza kaloryfera – Uff, no to całe szczę… - ujrzał swe draśnięcie – AAA!!! KRWAWIĘ! UMIERAM! AA!!! Wykrwawiam się na śmierć! Pomocyyy!!!
- Uspokój się! Nic ci nie będzie, to ledwie draśnięcie!
Bunet upadł i zadziwiającą realistycznie zaczął udawać konwulsje, z jego ust toczyła się piana.
- Haha! Dobre sobie. Napraw nam Oko Vinnosa! – rzekł Prorokar, widząc nieudatną agonię kowala
Bunet wstał i trzęsącymi rękami otrzepał się z kurzu.
- Hmm, a więc mówicie że nie umrę?... – spytał bojaźliwie
- Nie, jeśli naprawisz Oko Vinnosa. W przeciwnym wypadku rozsmaruje twój mózg po ścianie klasztoru… - rzekł arcymag arcymagów
Bezimienny, kowal, magowie i nowicjusze spojrzeli na najwyższego z magów, wybałuszając oczy.
- HAHAHA! Pozwoliłem sobie na taki żarcik! Oczywiście nic ci nie zrobimy… jeśli naprawisz Oko Vinnosa.
- Nie jestem okulistą… - Bunet rozpaczliwie próbował uniknąć jakiejkolwiek pracy. Miał chęć odpocząć po tych wszystkich zabawach na farmie Sonara. Prorokar przewrócił oczami.
- Debilu! Idioto! Głupcze! Oko Vinnosa to święty artefakt! Musisz dorobić tylko baterie!
- Aaaaa! Jakie chcecie? Mam kilka w zapasie na farmie…
- B-3416-XCV – rzekł Skarpentes
- B-3416-XCV? Mam jedną przy sobie, jedyny egzemplarz na wyspie, schowałem ją w skarpecie… - rzekł Bunet, po czym zdjął prawego filca i zaczął grzebać w skarpecie. Wszyscy zaczęli kasłać i dyskretnie zatykać nosy. Nie był to zbyt przyjemny zapach. Wreszcie wyciągnął baterię. – Proszę, oto ona!
Rzucił ją do Prorokara, który odskoczył z obrzydzeniem.
- Błeee… Ulphaur, ty ją podnieś.
Mag ognia założył gumową rękawiczkę, założył maskę p-gaz i ostrożnie, szczypcami podniósł baterię, po czym włożył ją do Oka Vinnosa. Artefakt nadal nie działał, a do tego szczypce zardzewiały.
- Co jest?!... A, no tak – rzekł arcymag arcymagów, przełączając włącznik
Wszyscy ujrzeli niebieski promień, wystrzelający w górę. Po chwili opadł i oko ukryte w artefakcie zaczęło lekko świecić.
- Działa! Hahaha! Działa! Działa! – magowie z kowalem zaczęli tańczyć pociąg, dołączyli do nich także nowicjusze. Jeden z uczniów zaczął śpiewać „Jedzie Hogan z daleka, wiezie kartony mleka!”. Bezimienny nie podzielał ogólnej radości. Nie wiedział w sumie, co mu da to Oko Vinnosa.
- Prorokar! PROROKAR!!! – ryknął Bezimienny w stronę arcymaga arcymagów
- Czemuż przeszkadzasz mi w świętowaniu? – rzekł mag, podchodząc do niego
- Co mi da to Oko w starciu ze smokami?
Prorokar wybałuszył oczy.
- Eee... to chyba ty powinieneś wiedzieć!
- Nie wiem! Kurna, jesteś arcymagiem arcymagów czy nie?
- No tak… ech, muszę iść do biblioteki. Poczekaj chwilę.
Bezimienny podszedł do tronu by usiąść, gdy Prorokar wychodząc krzyknął:
- I nie waż się siadać na moim tronie!!! – nasz bohater szybko wstał. Minęło kilka chwil, gdy mag powrócił.
- Dobra, mam tu dla ciebie egzemplarz „W starciu ze smokami”. Nie zgub go!
Bezimienny otworzył księgę. Spojrzał tak i owak, do góry nogami, przewrócił ją nawet na lewą stronę.
- Yyy… dziwne to pismo.
- Oddaj to! – rzekł Prorokar, po czym wyrwał naszemu bohaterowi książkę. – Nie nauczyli cię czytać w języku starożytnego rodu Sarahili!?
- Eeeem… nie – powiedział zgodnie z prawdą Bezimienny
- No nic. Tu jest napisane, że… a zresztą. Skrócona wersja brzmi: wycinasz pokonanemu smokowi żołądek, wkładasz go do Oka i możesz rozmawiać z kolejnym smokiem. Jasne? W skrzyni mam jeden taki żołądek. To były czasy! Kiedyś na klasztor mieliśmy nalot smoków… to wtedy zdobyłem ów narząd.
- Jak to się montuje? – spytał Bezimienny
- Tu u góry Oka masz taką wysuwaną klapkę, wystarczy że przyciśniesz tutaj – z Oka wysunęła się tacka – wkładasz żołądek i lekko ją popychasz – rzekł Prorokar, po czym wsunął klapkę… niestety, urwał ją – Ojoj, o kurde… - wyjął z kieszeni supermocny klej i przylepił klapkę na miejsce – ewentualnie możesz nacisnąć to jeszcze raz, bo, jak widzisz, ta klapka to lipna jest.
- A o czym ja mam z tymi smokami rozmawiać?
- Nie wiem. Może będziesz mógł prosić o darowanie życia?
- Ach… to daj ten żołądek i jadę do Górniczej Kotliny!
Arcymag arcymagów szybko pobiegł do jednego z pomieszczeń przy klasztorze. Potknął się o szatę na progu i wyrżnął wprost na nowicjusza, niosącego skrzynkę z ubraniami do prania. Wszystko się rozsypało, Prorokar zwymyślał nowicjusza i poszedł dalej. Bezmienny siadł na jego tronie. I wtedy poczuł dziwne ciepło. Miejsca, którymi dotknął tronu płonęły. Szybko wstał i zaczął się tarzać po podłodze, z okrzykami „PALĘ SIĘ, PALĘ!!!”. W chwili gdy ostatni płomyk zgasł, powrócił Prorokar.
- Głupcze! Na tym tronie może siedzieć jedynie arcymag magów ognia! Debilu! Masz tu żołądek i wynoś się stąd, zanim spalisz cały klasztor! – wręczył Bezimiennemu narząd wewnętrzny zabitego smoka, po czym wyrzucił go za drzwi klasztoru, które to po chwili zatrzasnął i zamknął na zasuwkę. Nasz bohater, zgodnie z instrukcją Prorokara włożył żołądek na wysuniętą tackę, po czym ją zamknął. Oko zadrżało i rozległ się cichy głos.
- Ooo, żołądek… Mmm, dawno nie miałem czegoś takiego w ustach… a raczej w soczewce, hehehe!
- Ty… TY MÓWISZ?! – spytał mocno zdziwiony Bezimienny
- Tak! A ty kto? Puszczaj mnie! – Oko Vinnosa zaczęło się wyrywać. Jednak żadne oko (nawet magiczne) nie jest w stanie wyrwać się z jakiegokolwiek uchwytu.
- O nie! Co prawda nadal nie jestem pewien, czy twój głos nie jest halucynacją, ale musimy jechać do Górniczej Kotliny i pogadać ze smokami.
- Aaa, więc o to chodzi! No to jedźmy! Masz jakiś wóz? – spytało Oko
- Owszem, mam – rzekł z dumą Bezimienny – i kawałek zapleśniałej czosnkowej, i samogon, i konia!
- No no! Zanieś mnie więc, bo masz zapocone ręce, błe!
Nasz bohater położył Oko na wozie, po czym sprawdził mapę i kompas. Ruszył na południe.
- Yy… cóż, nieczęsto rozmawiam z okiem, ale powiedz mi, skąd właściwie się tu wziąłeś... wzięłoś?
- Wziąłem. Kiedyś siedziałem sobie w przytulnym oczodole Vinnosa. Niestety, ten tępy ork wydłubał mnie mojemu panu! Niech no ja go dorwę… tak czy inaczej – znalazł mnie pewien dzieciak, niejaki Haug Hogan. Trzymał mnie w szklance z wodą, jak jakąś sztuczną szczękę! Aż wreszcie, kiedyś przeszło przez Khurinis tornado, które wywiało mnie aż do klasztoru. Tam znalazłem schronienie u Prororokara, dziadka Prorokara. Potem dostałem się w ręce Mario, który chciał mnie sprzedać orkom, w zamian za armię pod własne władanie. Nietrudno zgadnąć, że żadnej armii by nie dostał. I wtedy…
- Dobra, wystarczy – przerwał bezczelnie Bezimienny, którego zaczynała powoli nudzić ta opowieść.
Po paru dniach dotarli do wejścia Górniczej Kotliny. Tam siedziało dwóch srladynów przy małym, drewnianym stoliku, na którym leżał stos gazet.
- Przepraszam panów, chciałem… - zaczął Bezimienny i po chwili miał końcówkę ostrego miecza przy szyi
- Spokojnie panowie, on jest ze mną! – rzekło Oko Vinnosa, wychylając się lekko zza wozu
- Och, najmocniej przepraszamy… - rycerze przyklęknęli i oddali artefaktowi pokłon
Nasz bohater bez problemu wjechał przez bramę. Nie sądził, że Oko może być aż tak pomocne. Postanowił więc wykorzystać je do spełnienia najskrytszego marzenia…
- Słuchaj no, Oko, chciałbym dostać coś normalnego do jedzenia i picia.
Oko chwilę pomyślało.
- Wal się.
- Takie jesteś?! – Bezimienny się zdenerwował – ja ci zaraz…
- Nie denerwuj się, a teraz uważaj, bo widzę oddział… a nie, hordę, a raczej legion orków.
Około sto milionów orków kroczyło w stronę Bezimiennego.
- Obcy! Czego szukać! – spytał herszt legionu
- Yy… smoków?
- A co obcy chcieć od smoki?
- Chcę je zabić! – rzekł odważnie Bezimienny
Cały legion wybuchnął śmiechem.
- Ty zabić smoki! Haha! Ty uciekać, zanim zobaczyć smok!
- Taaaa? Mam tu coś… - rzekł nasz bohater, po czym uniósł Oko Vinnosa
- Idioto… - szepnął artefakt – nie mów im czasem, że jestem…
- Tak! To Oko Vinnosa! – krzyknął Bezimienny, nie słysząc szeptów – Macie jeszcze jakieś „ale”?!
Orkowie zaczęli rozmawiać między sobą. „Oko Vinnosa, pierwsze słyszeć o coś takie!”, „Obcy chcieć pokonać smoki okiem?”, „Obcy głupi debil!”.
- Obcy móc przejść! Obcy niegroźny, obcy szalony! – rzekł herszt i ruszył na Khurinis z legionem orków (który, jak zwykle, rozbili dwaj sraladyni siedzący przy bramie).
Bezimienny ruszył więc na spotkanie smokom. Po drodze natknął się na uciekającego z wrzaskiem strażnika.
- Aaaa!!! Zaatakowali! Smoki!!! SMOKI!
- Hej, ty! – krzyknął Bezimienny
Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił.
- A ty kto? Zaraz… ja cię znam! – rzekł strażnik – taaak… to ty zniszczyłeś barierę!
- Yyy, a ja cię nie kojarzę – rzekł nasz bohater
- Ach, byłem jednym z kopaczy, więc raczej o mnie nie słyszałeś. Jedź do zamku, kapitanowi Barondowi na pewno przyda się twoja pomoc. Ja uciekam! – zakończył rozmowę mężczyzna i zaczął uciekać dalej.
- Uważaj na legion orków! – zawołał za nim Bezimienny, niestety, strażnik go nie usłyszał. – No nic… jedziemy do zamku.
Po paru dniach błądzenia udało mu się dotrzeć do bram budowli. Schował Oko Vinnosa do kieszeni, po czym zapukał w stalowe kraty.
- Halooo! Jest tam kto?
- Cicho! – krzyknął szeptem strażnik bramy – wejście jest tam! – wskazał na zawalony kawał muru
Bezimienny wszedł po podłożonej mu desce.
- Kapitan cię oczekuje! Jest w tamtym budynku!
- Eee… - nasz bohater był nieco zdziwiony, że ktoś na niego oczekuje, nie przychodziło mu do głowy nic mądrego, co by mógł powiedzieć
Ruszył więc do wskazanego miejsca i po chwili stał przed tłuściutkim jegomościem w zbroi. Gdyby nie znak sraladynów na froncie pancerza, kapitan wyglądałby jak nieodtłuszczony tucznik w puszce. Dziwna sprawa, magnat z poprzedniej części również nie należał do ludzi zgrabnej budowy.
- A więc jesteś! Gdzie moja dostawa! Czekam już cholera jasna tydzień! I ani znaku życia!
- Że co?! – spytał Bezimienny, nie rozumiejąc o co chodzi kapitanowi
- Miałeś mi dostarczyć alkohol! – rzekł Barond
- Mylisz mnie z kimś! Ja tu przybywam by zabić smoki!
- Z widłami i w podartej kufajce? Nie wróżę ci zbyt dobrej przyszłości młody człowieku!
- Ha, mam coś jeszcze! – wyciągnął Oko z kieszeni – Oto Oko Vinnosa!
- Haha! I co z tego? (kłik!) Ops, przepraszam… jak ktoś będzie chciał na tobie testować zaklęcie transformujące w świnię, powiedz – nie! – powiedział kapitan
- Że co?
- Jest tu taki mag… ognia chyba, nazywa się Miltenteges.
- Wielkie nieba! Znam go! – krzyknął Bezimienny
Barond się skrzywił.
- Ciszej, proszę, mam straszną migrenę po tym ataku smoków… a więc czego ode mnie chcesz?
- Eee… właściwie to niczego…
- Niczego?! Więc dlaczego zabierasz mój niezmiernie ważny czas?!... Won mi stąd! Albo nie, poczekaj, mam coś dla ciebie. Skoro idziesz zabić te smoki, weź to – podał naszemu bohaterowi całkiem nową, nieodpakowaną kufajkę – Kupiłem wczoraj na bazarze, miałem ją założyć na jakąś ważną okazję… ale co mi tam! Kupię drugą!
Bezimienny podziękował, wziął kufajkę, pożegnał się i wyszedł przez zamek.

ROZDZIAŁ 4: SMOKI MUSZĄ ZDECHNĄĆ!

Nasz bohater popytał kilku strażników o Miltentegesa. Każdy albo unikał rozmowy o magu, albo nie wiedział (lub udawał, że nie wie) gdzie on jest. Wreszcie ktoś wskazał mu palcem na wieżę z wielkim szyldem „Kwatera maga”. Bezimienny czym prędzej poszedł zobaczyć się z dawnym kolegą. Widok, który ujrzał, był nieco… dziwny. Miltenteges, kiedyś arcymag ognia, później właściciel burdelu, obecnie spał totalnie zalany na czymś, co przypominało legowisko zrobione z pergaminów. Naokoło leżały porozrzucane butelki po tanich, mocno alkoholowych napojach orzeźwiających. Żaden z nich nie schodził poniżej 100%.
- Cholera jasna! Co ty robisz?! – wrzasnął Bezimienny, budząc maga ze snu
- Łooblblb… ale m-mam kaacaaaaa… czego sz-szukasz? – spytał Miltenteges na wpół przytomny
- Ciebie! Od kiedy ty pijesz? Przecież zawsze powtarzałeś, że „alkohol niszczy umysł, człowieczeństwo, organizm i męskość!”
- Ooooooł, mój ł-łeb… ludzie się zm-zmieniają! (czknięcie) Daj mi s-spokój!
- Oooo nie, nic z tego! Jak ze mną nie pójdziesz, to… to… powiem Prorokarowi! – rzekł nasz bohater
Miltenteges zerwał się z ławki.
- Nie! Nie m-mów! (czknięcie) P-pójdę z tobą!
Bezimienny, nie będąc do końca pewnym, czy dobrze robi, ruszył z zataczającym się magiem u boku w stronę wozu.
- Co to za żul? – spytało Oko
Miltenteges rozszerzył oczy.
- A niech mnie! – rzekł mag - Skąd masz Oko Vinnosa?!
- Zdobyłem je! – triumfalnie orzekł Bezimienny – Zaraz… kac ci przeszedł?
- Haha! Żartujesz? Udawałem pijanego, bo nie chciało mi się znowu pomagać ci w ratowaniu świata. Ale skoro masz Oko Vinnosa, to zmienia postać rzeczy. Otóż, powiem krótko – wiem gdzie są smoki. Musimy jeszcze odnaleźć Jego i Dorna. Tylko łącząc spryt Jega, siłę Dorna, moją magię i twoje… - Miltenteges chwilę się zastanowił – twoją odwagę, pokonamy smoki.
- Jego jest gdzieś przy farmie Akil-la, widziałem się z nim – rzekł nasz bohater
- Co ty gadasz? Wczoraj był u nas w zamku, chciał sprzedać zapleśniałą czosnkową, cała była w trawie i błocie. Dorn też jest w zamku.
- Też? To Jego jest w zamku?
- Tak, strażnicy wrzucili go do lochów, jego próbę sprzedaży zepsutej kiełbasy kapitanowi uznano jako obrazę majestatu jego szerokości – wyjaśnił Miltenteges
- To idź po nich, a ja zatankuje konia – rzekł Bezimienny, po czym podsunął swemu rumakowi miseczkę z samogonem. Koń, wychudły jak niedożywione zombie, zaczął z zapałem chłeptać alkohol, co jakiś czas przerywając na złapanie oddechu. Po paru minutach mag, Dorn, Jego i nasz bohater siedzieli na wozie, prowadzonym przez galopującego slalomem rumaka.
- No no, kopę lat! – rzekł Dorn – to były czasy!
- Tak, to były wspaniałe czasy, jak nie mogliśmy nigdzie się ruszyć poza barierę i Myrtanie groził atak Śniącego! – odpowiedział nasz bohater
- Ooo tak! – Dorn źle zrozumiał Bezimiennego – cieszy mnie, że znowu się zgadzamy. Gdzie te smoki? Mój zardzewiały miecz dwuręczny dawno nie poczuł soczystej krwi… hehehe… - powiedział złowrogo wojownik
- Jedziemy wprost do pierwszego z nich! – Milten patrzył na mapę, co jakiś czas zerkając na GPS
- Daleko jeszcze? – spytało Oko Vinnosa
Dorn i Jego podskoczyli.
- A to co to jest?! – zapytał zaskoczony Jego
- Och, to… to jest…
- Jestem Oko Vinnosa, trochę szacunku śmieciu! – rzekło Oko
- Oko? AAAHAHAHA! Skąd wytrzasnąłeś tą zabawkę? – spytał Bezimiennego
- Yyy… nie pamiętam.
- Uwaga! Wjeżdżamy na teren smoka bagiennego, Puszkova Pandora, rzekomo pochodzącego z Syberii – powiedział mag
- Stać! – krzyknął jakiś najemnik, obok którego przejeżdżali – jestem Orek, jeśli mi zapłacicie, pomogę zabić smoki!
- Nie potrzebujemy pomocy, do widzenia – rzekł Miltenteges
- W takim razie posmakuj mojej stali, psie! – wrzasnął najemnik i rzucił się wściekle na maga
To był piękny widok – cała czwórka w tym samym momencie zaatakowała Oreka – Bezimienny podniósł go magią Wideł (co wywołało okrzyk zdumienia wśród współtowarzyszy), Dorn odciął nogi, Jego rzucił złamanym nożem (skradzionym gościowi z ławki na skrzyżowaniu przed farmą Rybałta) prosto w środek twarzy, a Miltenteges rozwalił to co pozostało wielką kulą ognia.
- AAAAAARRRRGH!!! KRWIIII!!!! – wrzasnął nieludzko Dorn
- Eeehehe, spokojnie kolego! – nasz bohater ledwo uniknął ostrza miecza, którym wymachiwał Dorn. Kiedy tylko zauważył, że Orek nie żyje, schował miecz, wzruszył ramionami i wsiadł na wóz. Po niedługiej jeździe zauważyli kilku orków pilnujących bramy.
- Obcy! Cztery obcy! Czego chcieć! – rzekł jeden ze strażników
- Przybywamy by zabić Puszkova! – odpowiedział Miltenteges\
- Obcy zabić smok! Haha! Ale ja się uśmiać! Obcy wejść, smok zjeść obcy, zanim obcy wyciągnąć miecze!
Wjechali przez bramę. Przed sobą ujrzeli rozległe bagna z takim typowym, zielonym dymkiem unoszącym się ponad nimi. Pierwszy ruszył Dorn. Już po pierwszym kroku do buta w jego zbroi wlało się pełno cuchnącej cieczy. Z obrzydzeniem szedł dalej.
- Ja nie mogę iść, pobrudzę szatę – poskarżył się Miltenteges – chyba, że mnie zaniesiecie!
- O nie, nic z tego! – rzekł Jego
Niestety, bez maga nie mieli zbyt dużych szans w walce z Puszkovem, więc, chcąc nie chcąc, przenieśli go, mimo że strasznie cuchnął paczułą. Po kilku minutach Miltenteges (bezpiecznie przeniesiony na drugi brzeg bagna) wskazał drogę.
- Musimy iść tam!
- Co ty nie powiesz? – spytał Bezimienny, patrząc w kierunku pokazanym przez maga - wydobywał się stamtąd dym, a wokół leżały szczątki ludzi i zwierząt – Jak na to wpadłeś geniuszu?
- Och, to tylko moja niezawodna intuicja – rzekł mag skromnym tonem
Tak więc, gdy wszyscy (prócz maga) wytrząsnęli swoje buty/filce z cuchnącej zawartości bagna, ruszyli na spotkanie smokowi.
- Dobra, oto nasz plan – ty pójdziesz przodem, wy za nim, a ja na końcu – powiedział Miltenteges
- A niby czemu ty na końcu?! – spytał oburzony Jego
- Bo jestem magiem. No, już! Nie ociągamy się! Idziemy!
Ruszyli więc w szyku podanym przez maga. Ujrzeli Puszkova pogrążonego we śnie. Z jego paszczy sterczało kilka tanich, zapalonych papierosów. Mieli szansę na ciche zabicie smoka. Niestety. Kiedy Bezimienny niechcący upuścił sporej wielkości kamień (który podrzucał z nudów) na stopę Dorna, ten wydarł się tak, że niemożliwym jest, aby Pandor się nie przebudził. Smok powoli się podniósł. Miał z 20 metrów wzrostu, a rozpiętość skrzydeł nie mniej niż 30 metrów.
- No!... Oko zrób coś! – rzekł nasz bohater, wystawiając artefakt na spotkanie z potworem
- Yyy… Więc… Ten, dzień dobry, panie Puszkov!
- WRAAAAAUUUU!!! – ryknął smok
- Mówi, że ma dosyć tych tanich fajek, ale jest uzależniony.
- WRRRRAAAAAAAUUUUU!!! GRRR!!! WUUU!!!
- A teraz, że by coś przegryzł, ale swoich niewolników już dawno zjadł.
- WRRRAAAAUUUU!!! UAAAAAAARRR!!!
- …i że pozostaje mu zjeść was.
- WRRRAAAUUUUUUU?!
- Pyta, kim jesteście?
- Powiedz mu, że jesteśmy zabójcami smoków!
- WRRRRRAUUUUU!!! – rzekło Oko
- WRRRAAAAAAAAUAHAHAHAHAHAHA!!!
- Chyba nie za bardzo wierzy w to, co mówicie.
- Dobra, wobec tego przedstaw nas.
- WRRRRAAAAAUUUUUUU!!! – przedstawiło Oko Miltentegesa
- WRRRRRRRRRAAAUUUUUUU!!!!! – wrzasnął smok, dużo głośniej niż poprzednio
- Coś ty mu powiedział?! – spytał spanikowany Jego
- Że ten w szacie to Miltenteges, mag ognia!
- Więc dlaczego tak się wnerwił!?
- Wcale się nie wnerwił. Wręcz przeciwnie, powiedział, że go zna.
Wszyscy wytrzeszczyli oczy na maga. Ten wyglądał na zmieszanego.
- Nie wiem o co chodzi!... NO DOBRZE, DOBRZE! – rzekł, czując ostrze miecza Dorna na krtani – Byłem mały, nie mogłem go tak zostawić!
- Wychowałeś smoka?! – spytali wszyscy na raz
- Tak… tak jakby! Karmiłem go! Był taki miluuuusi!
Bezimienny miał dość. Wyciągnął Widły. Dorn i Jego również wyciągnęli swoje bronie. Jedynie Miltenteges wahał się przez chwilę. Wreszcie też naładował swą kulę ognia. Smok wybuchnął śmiechem.
- UHAHAHAHAHA! WRRRRAUUUU!!! WRRRRAAAAUU GRRRRRR IWRRRRRRR RRAAAAA!!!
- Mówi, że boi się człowieka z widłami, starym, zardzewiałym mieczem, złamanym nożem i kulą ognia, która jedynie go umocni – przetłumaczyło Oko
- ŁAAAAAAAAAAAAAA!!! – wrzasnął nasz bohater, rzucając się na smoka, ignorując słowa artefaktu
Ruszyli w jednym szeregu. Pierwszy rzucił kulą ognia Miltenteges. Odbiła się ona jednak od smoka jak od ściany. Ledwo uniknął swojego własnego czaru. Jego i Dorn zaatakowali na raz. Stary cwaniak próbował wbić swój złamany w połowie nóż w gardziel smoka, nie mógł jednak przebić skóry potwora, porośniętej glonami, porostami i łuskami. Dorn próbował zrobić to samo, z podobnym skutkiem. Bezimienny zaś próbował coś wyczarować swymi Widłami. Udało mu się jednak tylko stworzyć portal do czwartego wymiaru i bochenek czerstwego chleba. Puszkov tymczasem odtrącał wojowników ogonem. Miał najwyraźniej świetną zabawę, aż do czasu, gdy niechcący zawadził ogonem o portal. Wrzasnął zdziwiony i powoli zaczął znikać.
- WRRRAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAUUUU!!!!!!!! – wrzasnął smok w akcie desperacji. Wywołało to lawinę kamieni, cuchnącej cieczy z bagna i innego syfu. Wszyscy zaczęli uciekać na wóz. Gdy dotarli tam, gdzie jeszcze jakieś 10 minut temu stała kobyła i pojazd Bezimiennego, nie zastali absolutnie nic. Nasz bohater zaczął główkować.
- Hmm, to nielogiczne, aby ktoś zabrał nam wóz, kiedy my poszliśmy zabić smoka. To nieadekwatne do celu wybranego przez nas…
- Co?! – spytał mag, rozszerzając oczy
- Nie wiem, ale mądrze zabrzmiało!
I w tej właśnie chwili… nadleciały pozostałe 3 smoki!!!
- WRRRRAUUUU!!!
- Oko! Co on mówi? Oko? OKO?!
Artefakt się nie odzywał.
- Co jest? Popsuło się?
- Pokaż – rzekł mag
Wziął Oko do ręki. Obejrzał tak i owak, wreszcie uchylił klapkę.
- No tak! Potrzebujemy żołądka smoka!
- Ale on wpadł do czwartego wymiaru!
- Więc ktoś z nas musi tam iść – rzekł mag, patrząc wymownie na twórcę portalu
- Ooo nie, jeśli myślisz…
- Ooo tak, tak myślę. Przejdziesz przez portal i wyrwiesz mu żołądek. Powodzenia!
Bezimienny nie widział innego wyjścia. Smoki cierpliwie czekały, rozmawiając. Nasz bohater wrócił więc do portalu.
- Za ojczyznę! – z tym okrzykiem wskoczył do czwartego wymiaru.
Wydostał się z drugiej strony. Miejsce, w którym się znalazł, było co najmniej niespodziewane. Uważnie się rozejrzał i nie wierzył oczom. Był tam, gdzie diabeł mówi dobranoc! Zobaczył martwego smoka, tuż koło bramy. Nie wiedział, czemu Puszkov nie żyje, ale nie zważając na taki szczegół wyciął Widłami żołądek smoka, po czym wskoczył z powrotem do swojego wymiaru. Wyszedł z drugiej strony, po czym załadował Oko. Pobiegł do swoich kompanów, niestety, potknął się o własne nogi i wyrżnął. Artefakt wyleciał mu z ręki i się popsuł.
- SZLAAAAG!!! – powiedział nasz bohater
Podniósł Oko i schował je do kieszeni swej kufajki. 3 smoki, kolejno – Pedraken von Kraken, Feoneo Madafaka (najmłodszy ze wszystkich smoków) oraz Fin Greg siedziały, cierpliwie czekając na rozmowę. Współpracownicy Bezimiennego grali w karty.
- Poker! – rzekł radośnie Jego
- Ty stary cwaniaku! Znowu oszukiwałeś! – powiedział Dorn, oburzony
- A ja mam superpokera! – odrzekł mag
- Co masz?
- No… to jest lepsze od pokera!
Bezimienny chciał popatrzeć, ale musiał brutalnie przerwać im grę.
- Popsułem… Oko się popsuło!
Miltenteges wstał.
- To nic, to nic… mam zapasowe, trzymaj – rzucił naszemu bohaterowi artefakt. Po chwili nowe Oko zostało naładowane za pomocą żołądka Puszkova.
- 3 smoki! Gdzie my jesteśmy?! – krzyknęło zdziwione Oko
- Przypadek! Gadaj coś do nich!
- Yyy… tak… WRRRRAUUU!!!
- WRRRRRRAUUUUU…! – zaczął ryczeć Pedraken, ale przerwał mu Feoneo
- WRRRRRRRRRRRRRAUUUUUUUU!!!
- RRRRRRRRAAAAAAAAAAAAUUU!!! – Fin Greg dorzucił coś od siebie
- GRRRRRRRRR WRRRRAUU!!! – wrzasnąl Pedraken na Fina Grega
- WRRRRRRR…. – zawarczał Fin i rzucił się na Pedrakena. Zabił go jednym potężnym ugryzieniem w krtań.
- WRRRRRRRRRRRRRRRRRRRAUUUUUUUUUUUUU!!! – Feoneo Madafaka zionął ogniem w oko Grega. Ten zaczął się bronić. Pozabijały się nawzajem. Bezimienny i reszta patrzyli z dziwnymi wyrazami twarzy.
- Yyy… tak, ten… no, to by było na tyle – rzekł Bezimienny i już miał wracać do Khurinis, gdy mag go zatrzymał
- Nie! Po pierwsze, musisz odnaleźć swój wóz, bo zostawiłem tam paczkę ciastek. Po drugie primo, musisz się udać jeszcze na dwór Smoka Niedożywieńca.
- Gdzie?
- Potrzebujesz statku, żeby się tam dostać. Sraladyni powinni mieć tratwę, może uda ci się jakoś ją wykraść niepostrzeżenie…
- Ale gdzie jest ten dwór?
- Mówię przecież! Potrzebujesz czegoś co pływa, żeby się tam dostać.
- CHOLERA JASNA! – nasz bohater stracił cierpliwość – GDZIE JEST TEN DWÓR?!
- Na południe od Khurinis! I nie drzyj się na mnie! – rzekł mag z urazą
- A wy co? – spytał Bezimienny Jega i Dorna
- No… stoimy – odrzekli zgodnie z prawdą
- Już was nie potrzebuję!
- Owszem, potrzebujesz! To znaczy musisz go sam pokonać, ale ktoś musi robić pranie, obiady, i tak dalej…
- Eeech… no dobra, idziemy. Ale gdzie mój wóz?
- A skąd my to mamy wiedzieć? To twój wóz! Nie przyczepiałeś nadajnika?
- Aa tak, kartograf mi dał jakąś kartkę z tym wozem… Hmm, GDZIE MÓJ GPS, CO??
Jego zaczął się nerwowo rozglądać i pokasływać.
- Aha! Już wiem kto go ma! DORN!!! Oddawaj GPS-a!
- Ja go nie mam! – odrzekł oskarżony
- Nie masz? W takim razie kto go ma? Aha! Miltenteges! A wydawałeś się takim kulturalnym człowiekiem…
- Ja tez go nie mam!
- Więc kto! Jego? Nieeee, ten stary cwaniak, złodziej i oszust? Nie ma mowy. Chyba, że cię coś podkusiło, co?
- Noooo, właściwie… to sprzedałem go.
- Ach, nic, głupstwo! Już wiem co zrobić! SAMOGON PODANOOOO!!! – wrzasnął z całej siły Bezimienny
Po chwili usłyszeli galop. Jednak nie jednego konia… a kilku koni i ciężkich stóp. I oto cała armia orków, zapocona i zmęczona, stanęła przed Bezimiennym. Jeden z orków jechał na jego wozie.
- Hej, oddawaj mój wóz! – krzyknął nasz bohater do orka
- Obcy! Czego chcieć!...
- Daruj sobie, nanomózgu – przerwał Bezimienny. Miał dość słowa „obcy” do końca życia. – Oddawaj mój wóz, bo przebiję cię na wylot!
Ork chwilę popatrzył na naszego bohatera, po czym, złorzecząc pod nosem, zsiadł z wozu. Rozpoznał bowiem Miltentegesa, przez którego prawie został zjonizowany. Bezimienny wziął z wozu resztę samogonu i rzucił z dala od orków. Gdy te ruszyły za zdobyczą, popędził konia. Kiedy był już ładny kawałek drogi od tamtego miejsca, usłyszał za sobą krzyki: „Stóóóóój! Zatrzymaj się!!!”. Nie zwrócił uwagi, że jego kompani nie zdążyli wsiąść. Zgodnie z poleceniem zatrzymał konia. Po chwili, upewniwszy się, ze wszyscy są, a Oko leży w kieszeni, ruszył do Khurinis. Dotarli po 2 dniach, zabijając po drodze kilkunastu śmiesznych gości w czarnych szatach. Gdy weszli do portu, ujrzeli brudnego kopciucha kłócącego się ze sraladynem.
- …ale mówię panu, panie sraladyn! On mi ukradł kasę! 5000 sztuk złota miałem w sakiewce!
- Na pewno tyle nie miałeś! A poza tym to chyba ty byś prędzej coś ukradł. Jakoś mi trudno uwierzyć, że mag wody zabierałby cokolwiek od kogoś takiego jak ty!
- Aj tam, szlag by was trafił! Co to za stróże prawa?!
Bezimienny w tym momencie rozpoznał kopciucha.
- Larex! Ty stary draniu! Jak się tu dostałeś?
- Po upadku bariery… a zresztą nieważne! Ja też cię poznaję! Ohaha! Kopę lat! To ty wysadziłeś kopiec rudy w naszym obozie!
- Tak, to ja. A to jest Miltenteges, Dorn i Jego.
- DORN! Wisisz mi trochę grosza! Jego, ty stary cwaniaku! I tak cię nie lubię. A tego gościa w spódnicy to nawet nie pamiętam.
- Eeee tak, dobra, mniejsza z tym – rzekł szybko Bezimienny, gdy atmosfera powoli się zaczynała zagęszczać – Nie wiesz, gdzie załatwić tratwę?
- Sraladyni mają! Po prostu powiedz, że chcesz sprawdzić jej wytrzymałość, a jak się odwrócą – odpłyń.
- Dobry pomysł – odpowiedział nasz bohater i wraz z kompanami poszedł na tratwę. Było trochę ciasno, nawet trochę bardziej niż trochę bardzo ciasno, ale jakoś się pomieścili. Sraladyni byli zajęci strzelaniem z łuku w stronę miasta. Gdy któryś z nich trafił w kogoś – zdobywał punkt. A Bezimienny, Miltenteges, Dorn i Jego odpłynęli w stronę swego przeznaczeniaaaaaa, buahahahahahaaaaa…. Udało im się tam dotrzeć bez większych przeszkód, jedynie mieli strasznie zdrętwiałe kończyny. Wysiedli z tratwy… wprost na spotkanie z hersztem orków.
- Obcy! Czego chcieć!
- CHOLERA, PRZEPUŚĆ NAS IDIOTO! – warknął Bezimienny
- Obcy nie móc wejść! Obcy mieć zaproszenie?
- Nie, obcy nie mieć zaproszenie, a jak twoja nie przepuścić obcy, to obcy zabić twoja!
- Obcy mówić jak ork? Obcy brat! Obcy przejść! - orkowie nie należeli do zbyt inteligentnych istot
Gdy przeszli przez wrota, ujrzeli przed sobą zamknięte przejście.
- Co robimy? – spytał Dorn
- No jak to co! Niech pomyślę… ma ktoś most albo drabinę przy sobie?
- Ja mam! – rzekł Jego, wyciągając z kieszeni rozkładany, drewniany most
- Dobrze! Rozłożę go więc… - nasz bohater bez problemu rozłożył most, po którym zaraz przeszli. Znaleźli się teraz w jakiejś komnacie, gdzie pokonali kolejnych śmiesznych gości w czarnych szatach. Przy jednym z nich odnaleźli klucz do bramy. Nigdzie jednak nie było przejścia.
- Gdzie tu jest brama? – spytał Bezimienny, rozglądając się naokoło
- Debil… - mruknął Miltenteges – tam jest ślepoto! – wskazał na wielką bramę z miejscem na klucz
- Och… za dużo samogonu… Za mną!
- Czemu mamy iść za tobą? Może pójdziecie raz za mną? – spytał Jego
- Jak to zrobisz, to ty pierwszy natkniesz się na smoka w takim wypadku – szepnął mu na ucho Dorn
- Oj… dobra, nieważne. Prowadź ty Bezimienny, ja jestem niegodny!
Nasz bohater, dumny z tego co usłyszał, otworzył bramę i przeszedł przez nią. I wtedy pojawiły się… kłęby czarnego dymu!
- Uff! Nareszcie, próbuję się dostać do ciebie od kilku dni! Była mała zmiana planów. Nie zabijaj smoków, a już na pewno nie Niedożywieńca! Zawarliśmy z nimi pisemne przymierze. No, to tyle. A gdzie właściwie jesteś? – spytał Sardas
- Yyy… nieważne – rzekł zszokowany Bezimienny
- No, to tyle. O! Miltenteges! A ty to kto?
- Dorn – rzekł Dorn
- Aha, nie kojarzę cię. A ty?
- A ja jestem Jego, stary cwaniak.
- Aaaa, ty mi kiedyś zawinąłeś kolekcję motyli?
- Dokładnie.
- No, róbcie swoje, ja już idę… młahahahahahahahaaaaa…. – zaśmiał się złowrogo Sardas, uważając, że ta rozmowa była zbyt miła.
Nasz bohater chwilę jeszcze postał w miejscu, aż wreszcie się odwrócił do kompanów. Ci jednak zamienili się w bezrozumne, krwiożercze, mózgożądne zombie. Nigdzie nie miał Wideł. Brama się zamknęła. Zaczął krzyczeć i w akcie desperacji skoczył w przepaść…

Obudził się z krzykiem, zlany potem. Usiadł.
- Nareszcie! Próbuję cię wskrzesić od kilku miesięcy! – powiedział Sardas
Nasz bohater siedział tępo.
- JAK TO?!
- Co: jak to? Jest sprawa. Musisz dostać się do Khurinis, do Lorda Hogana i dostarczyć mu pewną wiadomość.
- Przybyły smoki, zgadłem? – spytał Bezimienny
- Skąd wiedziałeś?!
- A… coś mi się przyśniło.
- Ach! Czasami to jest uraz pośmiertny. Nie zawsze wskrzeszanie jest takie cudowne.
Bezimienny podniósł się i usiadł w fotelu.
- Nigdzie nie idę.
- Głupcze! – Sardas od razu się zdenerwował – Musisz uratować świat!
- Mam gdzieś świat! Sam sobie go ratuj!
- A żebyś wiedział, że to zrobię! O proszę, idę! Nie zatrzymuj mnie! Już nigdy się nie zobaczymy! Nigdy! Nigdy więcej! W całym życiu! – rzekł, po czym wyszedł za róg, wyglądając zza niego, czy nasz bohater czasem nie zmieni zdania – Zginę pewnie, albo z głodu, albo mnie coś zabije! No prooooszę cię! Ostatni raz!
- Nie! Nigdy w życiu. Teraz oddam się kontemplacji, więc dajże mi spokój!
- A myśl ile chcesz! Myśl! Proszę! Ale świat dozna zagłady!
- Bla bla bla!
- Jeszcze zobaczysz! Zobaczysz!!!...
- Może i zobaczę… a teraz daj mi spokój! Masz może trochę samogonu?
- Owszem, mam. Zostawiłeś wóz przed moją wieżą.
Nasz bohater wyskoczył z fotela.
- Że jak?!
I wtedy Sardas zaczął się demonicznie śmiać, po czym zmienił się w ogromnego demona.

Bezimienny obudził się z krzykiem. Nad nim stał Miltenteges.
- Budzi się!
- Co jest? Gdzie jesteśmy? – spytał na wpół przytomny nasz bohater
- Jak otwierałeś bramę, to spadł ci kamień na głowę… Mam nadzieję, że nic oprócz utraty przytomności ci się nie stało!
- Nie… Kuuurde, napiłbym się samogonu. To nie sen?! – spytał Bezimienny ze strachem
- Sen? Nieee, to chyba realność – mag się uszczypnął – auuu! Tak, to bez wątpienia prawdziwy świat! Co do samogonu, to tu płynie tylko stęchła woda z cmentarza. Chcesz to pij, ja się brzydzę, błeeee – mag otrząsnął się z obrzydzeniem, patrząc, jak z prądem wody przypłynęła właśnie blada, trupia ręka
- Nie, dzięki. Wytrzymam. Ale zaraz, zaraz! – Bezimienny zaczął grzebać w kieszeni. Po chwili wyciągnął z niej małą piersiówkę, napełnioną bimbrem z Zadupii – Oooo taaak… wiedziałem, że kiedyś się przyda – pociągnął spory łyk 900%-owego trunku, po czym podał Dornowi. Ten, jakże rozsądnie, odmówił.
- Dobra! Jaki jest plan? – spytał Jego
- Idziemy do Smoka Niedożywieńca i go zabijamy, oto plan – odpowiedział nasz bohater
Tak więc ruszyli dalej, Bezimienny osłaniał głowę, żeby znowu nie dostać kamieniem, który wtedy zrzucił na niego śmieszny gość w czarnej szacie. Zrobił to tak dyskretnie, że gdyby nie Miltenteges (jako jedyny zauważył, że nie ma z nimi ich przywódcy), to nasz bohater miałby problemy z przeżyciem. Na szczęście mag miał przy sobie spawarkę i dziura w głowie Bezimiennego została zastąpiona kawałkiem skóropodobnego metalu.
- Daleko jeszcze? – narzekał Jego
- A skąd ja mam wiedzieć?! Też jestem tu pierwszy raz! – odpowiedział nasz bohater
Tak więc szli, szli i szli, zabijając po drodze niezliczone zastępy orków i śmiesznych gości w czarnych szatach. Aż wreszcie ujrzeli kolejną bramę, przy której stał śmieszny gość w czarnej szacie, jednak miał on większy stopień niż reszta – świadczyły o tym 3 gwiazdki przyszyte do rękawa jego szaty (inni mieli po 1 lub 2).
- Stójcie! Czemu zakłócacie spokój mojego pana, wielkiego Smoka Niedożywieńca?
- Chcemy go zabić – odrzekł spokojnie Bezimienny
- Ha! Zabić mojego pana? Nie sądzę, żebyście mieli jakiekolwiek szanse! Ale skoro chcecie się spotkać ze swoim przeznaczeniem, wiedzcie, że ja mam klucz i nie oddam go, buahahahahahahahahaa! – rzekł złowrogo gość w szacie
- Nie możemy pominąć tej walki?! Po prostu oddaj ten klucz i po sprawie! – powiedział nasz bohater
- Hmm… A wiesz co? Tak właściwie to… NIE! Muahahahahahahahaaa!!
Cóż było robić? Pomińmy tą niesamowicie drastyczną scenę. Wystarczy powiedzieć, że za cud można uznać, iż klucz pozostał cały. Tak więc, odsuwając nogą resztki strażnika, nasz bohater zaczął szukać klucza. Po niedługim czasie go odnalazł i już chciał otworzył bramę, gdy powstrzymał go Miltenteges.
- Czekaj! Nie uważasz, że to trochę za łatwe? To zasadzka! I tak musimy tam wejść, ale bądźcie ostrożni…
- Zamknij się, nie jesteś moją niańką! – rzekł z oburzeniem Bezimienny
- Ani moją! – dodał Jego
- I moją też nie! – dopowiedział Dorn
- Ale jak was zabiją, to żebyście nie mieli do mnie pretensji!
Bezimienny przekręcił klucz i… nic się nie wydarzyło – brama nadal nie chciała się otworzyć.
- Hę?! Co jest! – spytał zdziwiony Bezimienny
- Głupcze! Potrzeba nam zaklęcia, pozwól, że ja je wypowiem! – rzekł mag, po czym, z ważną miną, odkaszlnął i powiedział: - Sezamie, otwórz się!
Nic się nie stało.
- Bramo, otwórz się! – nic się nie wydarzyło – Abrakadabra! DO KUR** NĘDZY OTWÓRZ SIĘ!!!
- Coś ci nie wychodzi! Ja spróbuję – nasz bohater odepchnął Miltentegesa, wycelował Widły w bramę i rzekł – Yyy tak… roztwórzże się!
Brama natychmiast się otworzyła. Przeszli przez nią i… stanęli oko w oko z niesamowicie chudym Smokiem Niedożywieńcem.
- WRRRAU! CZEGO CHCECIE! – spytał groźnie potwór
- Oko… Zaraz! Ty mówisz?! – wrzasnął zszokowany Bezimienny
- WRRRAU! TAK! I PRZESTAŃ SIĘ TAK SZOKOWAĆ, DZIWIĆ I ZASKAKIWAĆ!! CZEGO CHCECIE!!
- Wysłanie armii orków i smoków to nie był najlepszy pomysł! Teraz jesteśmy tu, by cię zabić!
- WRRRRRAAAUUUU!!! NIE WIEM O CZYM MÓWISZ!!
- Nie udawaj głupiego!
- WRRRAUU!!! NIGDZIE NIE WYSYŁAŁEM SMOKÓW ANI ORKÓW!!
- Nie?... – nasz bohater tracił pewność siebie – Wobec tego kto to zrobił?!
- WRRRAUU!! TO OCZYWISTE! LORD HOGAN!!! NIBY PO CO PRZYBYŁ ZE SWOIMI SRALADYNAMI DO KHURINIS!! WRRRAUUU!! TO OCZYWISTE! KONTROLOWAŁ STAMTĄD DZIAŁANIA ARMII ORKÓW ORAZ SMOKÓW!
- Lord Hogan?! – krzyknął Bezimienny
- WRRRRRAUUU!!! PRZYBYŁ NIE TYLKO STEROWAĆ STAMTĄD SWĄ ARMIĄ, ALE TAKŻE BRONIĆ SIĘ PRZED ORKAMI, KTÓRE SAM WYSŁAŁ! MUAHAHAHAHAHAAA!!! WRRRRRRRRRRAUUUU!!! ORKI PRZESTAŁY GO SŁUCHAĆ, KIEDYŚ ODMÓWIŁ DOSTAW SAMOGONU!
- Czyli ty nie masz z tym nic wspólnego?!
- WRRRAUU!!
- Możesz przestać zaczynać zdania od warknięcia?
- TAAA… OWSZEM, MIAŁEM ZAMIAR ZNISZCZYĆ ŚWIAT, ALE TO BYŁO DAWNO TEMU, KIEDY MIAŁEM TYLE LAT, CO MÓJ SYN – FEONEO MADAFAKA, TERAZ SPOCZYWAJĄCY W POKOJU W KRYPCIE W MOIM DOMU!!
- No… skoro tak mówisz… – rzekł nasz bohater. Stwór raczej nie próbowałby ich okłamać, bo przecież bez problemu mógłby ich zabić, więc nie miał powodu do zbywania gości. Wyszli z dworu smoka i wsiedli na tratwę.
- Od początku wiedziałem, że ten Lord Hogan to niezły numer! – powiedział po krótkim milczeniu Bezimienny, niezbyt zgodnie z prawdą

ROZDZIAŁ 5: OSTATECZNE STARCIE

Gdy dopłynęli do portu w Khurinis, nasz bohater natychmiast wyszedł na brzeg i pobiegł do pierwszego sraladyna, którego zobaczył.
- Gdzie jest Lord Hogan?! – spytał wrogim tonem
- No jak to gdzie?...Tam, gdzie zawsze! W swojej willi w górnym mieście! – odrzekł rycerz
Tak więc cała czwórka ruszyła do górnego miasta. Kiedy byli tuż przed willą, zatrzymał ich sraladyn.
- Ach! To znowu ty! – rzekł Lot bin Haren – czego tu szukasz?
- Muszę porozmawiać z Lordem Hoganem!
- Cóż, jeśli sam wielki Lord Hogan zechce cię wysłuchać, to idź! Ale nie męcz go znowu tymi bajkami o smokach!
- Jakie bajki?! Zabiliśmy wszystkie cztery! – powiedział Dorn
- Co to za brudas? – spytał sraladyn
- BRUDAS?! JAAAA CI ZAAARAZ DAM BRUDASA, ŚMIECIU!!! – Dorn wyciągnął swój zardzewiały miecz i rzucił się na bin Harena. Ten oczywiście zaczął się bronić. Tymczasem nasz bohater, Jego i Miltenteges poszli do bajecznej willi przywódcy rycerzy. Zadzwonili dzwonkiem i otworzył im ten sam lokaj, co kiedyś Bezimiennemu.
- Panowie byli umówieni?
- Nie! Mamy pilną sprawę do Lorda Hogana!
- Pilną sprawę, hę? Można wiedzieć co to za sprawa?
- Przepuść nas, bo nie ręczę za siebie! – warknął Jego, wyciągając swój złamany nóż zza pazuchy
- No chodź, spróbuj! – odrzekł lokaj, wyciągając długi, lśniący miecz z zardzewiałego żelaza
Zaczęła się bitwa. Stary cwaniak nie miał zbyt dużych szans ze swą połową tępego noża, więc poprosił Miltentegesa o pomoc. Nasz bohater wszedł do środka.
- Cholera, oczywiście zostałem sam! Dziwny zbieg okoliczności…
- Czekałem na ciebie! – powiedział ktoś zza jego pleców
Bezimienny szybko się odwrócił i stanął przed obliczem Lorda Hogana.
- Wiedziałem, że w końcu przybędziesz! Zapewne chcesz Oko Vinnosa? Mam je w biurku, jeśli chcesz to chodź za mną!
- Nie tak prędko, sraladynie! – rzekł nasz bohater i wycelował Widłami w Lorda Hogana – Rozwikłałem twój nikczemny plan! Wysłałeś orki, ale coś ci nie wyszło, nieprawdaż?
- Hahaha! Gdybym znał twoje poczucie humoru, to może mianowałbym cię swoim błaznem!
- ZAMKNIJ SIĘ! – krzyknął Bezimienny – Szykuj się na śmierć!
- A niby za co mnie zabijesz? – spytał nerwowo, ale spokojnie sraladyn
- Za próbę zniszczenia świata!
- Głupi jesteś? Po co miałbym niszczyć świat?
- W takim razie po co ci tylu sraladynów?!
- Szykujemy się, by ostatecznie zaatakować orków!
Bezimiennemu wszystko się pomieszało w głowie.
- Orków, których sam wysłałeś! – rzekł wreszcie z triumfem
Sraladyn spojrzał na niego tępo.
- Po co miałbym zabijać orków, których sam wysłałem?
- Nie wiem! To część twojego nikczemnego planu zagłady świata!
- Zrozum! Nie mam żadnego planu zagłady świata!
- Owszem! Masz za to NIKCZEMY plan zagłady świata!
- Eeech… - Lord Hogan stawał się bezsilny – Posłuchaj. Mam pewne domyślenia, kto mógł wysłać armię orków i smoki, by zniszczyły świat!
- No? Kto? – spytał Bezimienny
- Stary Sardas!
Nasz bohater rozszerzył oczy.
- Sardas?! Ten stary nekromanta… On wysłał te potwory?
- Tak mi się wydaje. Miał powód – kiedyś, dawno, dawno temu, mieszkaliśmy w jednym domu. Studiowaliśmy na tym samym kierunku, ale ja się uczyłem lepiej niż on, bo nie obchodziła mnie czarna magia i miałem więcej czasu na naukę… do tego był moim bratem i nie zawsze się ze sobą zgadzaliśmy.
- To ile ty masz lat?! – spytał Bezimienny
- Tyle co Sardas oczywiście. Czyli 351! Za tydzień kończę 352, ale cię nie zaproszę, buehehehehe!
- Dobra! Gdzie jest Sardas, gadaj, ale prędko!
- No jak to gdzie… a gdzie może być ten stary nekromanta?
Nasz bohater chwilę pomyślał.
- …yyyyyyyyy, wiem! Czekaj… w klasztorze!!!
- Ale z ciebie idiota, ohahaha! W swojej wieży deklu!
- I tak jestem mądrzejszy od ciebie! – rzekł Bezimienny, odwrócił się i z dumą odszedł
Po paru minutach dotarł do wieży Sardasa. Zadzwonił do drzwi, które po chwili się otworzyły. Wszedł po schodach na górę.
- Sardas, musimy porozmawiać! – zawołał nasz bohater
- Nie ma już tu Sardasa! – odpowiedział ktoś z samej góry wieży
- Jak to: nie ma?!
- Nie płacił czynszu, więc go wywaliłem. – z góry po schodach zszedł wysoki jegomość w zbroi sraladyna
- Do diabła! A nie wiesz gdzie poszedł ten stary nekromanta?
- Hmm, niech pomyślę… taaak, wspominał coś o jakimś mieście… a tak! Mówił, że idzie do Khurinis.
- Khurinis? – zdziwił się Bezimienny - a gdzie dokładnie poszedł?
- A co ja, jego matka? Nie wiem gdzie dokładnie poszedł! Idź i szukaj!
Nasz bohater, nawet nie żegnając się wyszedł z wieży i ruszył z powrotem do miasta. Przeszedł przez most i podszedł do pierwszego lepszego obywatela.
- Te! Nie widziałeś gdzieś takiego starucha w granatowej spódnicy?
- Owszem, widziałem kogoś takiego. Siedzi chyba w knajpie u Kurdefa.
- Zaraz, zaraz! Ja cię znam… - Bezimienny uważnie przyjrzał się człowiekowi – to ty?! Co ty tu robisz do diaska?!
- Aaaa! To ty ciągle żebrałeś u mnie o strzały!
Nasz bohater zagadał Wilczura, najemnika z Nowego Obozu, którego co prawda znał tylko z widzenia i o żadne strzały u niego nie żebrał.
- No powiedzmy… Skąd ty się tu wziąłeś? Nie powinieneś teraz okradać, gwałcić i mordować ludzi zapuszczających się na farmę Sonara?
- Wysłali mnie tu, żebym opchnął komuś odchody polnych stworów. Mówiłem „nikt tego nie kupi!”, ale skądże! Musiałem leźć taki kawał drogi, a i tak gówna nikt nie kupił.
- Dobra, może kiedyś pogadamy więcej. Teraz lecę do Sardasa, bo na starość mu się w głowie przewraca.
I Bezimienny pobiegł do knajpy Kurdefa. Faktycznie, nekromanta siedział przy jednym ze stolików i rozmawiał z takim śmiesznym gościem w czarnej szacie.
- …mówiłem, że ten idiota w końcu się dowie! – rzekła złowrogo postać w szacie
- Ja nie chciałem, panie!!! Wybacz mi! Nie postępowałem ostrożnie! Nie wiedziałem, że to ty wysłałeś te potwory! WYBACZ!!!– Sardas rzucił się na kolana i zaczął błagać o przebaczenie. Niewzruszony Kurdef wycierał kufle, nie zwracając uwagi na tą scenę. Bezimienny natomiast obserwował akcję wychylając się zza futryny.
- Milcz! Przez ciebie musiałem zrezygnować z obiadu! Gdybym wiedział, że tak wygląda twoja „ważna sprawa”, to nigdy bym tu nie przyszedł! Zawiodłeś mnie, kretynie! Poniesiesz konsekwencje! – tajemniczy osobnik wyciągnął wielki, świecący miecz – Zginiesz za swą głupotę!
- Eeej, ta twoja mowa robi się taka oklepana i niepotrzebna! – nasz bohater wszedł wreszcie do knajpy (bał się jak diabli, ale zobaczył, iż obserwuje go kilka ładnych obywatelek, więc chciał się popisać odwagą)
- To ty! Ratuj mnieee! – krzyknął Sardas żałośnie
- Ty! Jak ci tam… yyy, kim właściwie jesteś? – spytał się śmiesznego gościa w szacie
- Nie wiesz kim jestem?! – odpowiedziała pytaniem postać i ściągnęła kaptur. Nekromanta, Bezimienny i Kurdef oniemieli. Tym człowiekiem okazał się być… Rybałt!
- Ty?! O w mordę! – nasz bohater pierwszy się odezwał
- Tak, to ja, a kogo się spodziewałeś?! Zasunąłeś mi widły, więc wysłałem za tobą armię orków i smoków. Może przesadziłem, wystarczyłoby 10 orków, a nie 520 legionów, no i jeden mały smok, a nie 4 najlepsze… tak czy inaczej, żądam zwrotu moich wideł… Wideł Przeznaczenia! Opłacała się wiara w jasnowidzenie, wiedziałem, iż Widły znajdą się w twoich rękach!
- A nie pomyślałeś, że mógłbym cię nimi zabić tu i teraz? – spytał nasz bohater
- Yyy… no w sumie to nie! Ale błagam! – farmer rzucił się na kolana – nie zabijaj mnie!
- Zawiodłeś mnie Rybałcie… - powiedział znajomy głos za plecami Bezimiennego, który w pół sekundy się odwrócił. Przy wejściu do knajpy stał ktoś, kogo najmniej się tu spodziewali… Otóż tą postacią był (moment grozy………..………………………….) Svetras!!
- Ty…?! Ja już nic nie rozumiem… - powiedział bezradnie nasz bohater
- I nic dziwnego! Oddaj mi te Widły po dobroci, nie chcesz zobaczyć mej mocy, MUAAAAAHAHAHAHAHAHAHAAAAA!!! – głośno i demonicznie zaśmiał się mag wodny, po czym niebo zaszło krwistoczerwonymi chmurami, a mieszkańcy pouciekali z krzykiem do domów – czy już ci wystarczy mej mocy?!
- To ma być moc? – zaśmiał się Bezimienny – patrz na to!
Wystawił Widły w stronę nieba, z którego krwiste chmury szybko znikły. Zakreślił jakiś znak w powietrzu i… nic się nie stało.
- No i co? – zapytał Swetras, patrząc z szyderczym uśmiechem na poczynania naszego bohatera
- Nie wiem… coś się popsuło! Cholera! – walnął Widły na podłogę knajpy, w którą to wbiły się z hukiem
- Ty idioto! – wrzasnął nagle Sardas – dałeś temu świrniętemu magowi zabrać całą moc z Wideł!!!
- No cóż, skoro już ci nie potrzebne… wezmę je – rzekł Rybałt i podszedł do Wideł, po czym spróbował je wyciągnąć. Ani drgnęły.
- Odejdź, głupcze! Ja to zrobię! – tym razem spróbował Swetras. Widły nadal jednak pozostały na swoim miejscu. Potem kolejno spróbowali Bezimienny (który po nieudanej próbie zaklął szpetnie), Sardas (niedożywiony, wychudzony mag nie miał żadnych szans na wyciągnięcie broni) i Kurdef (nic nie znaczący właściciel knajpy wyciąga Widły Przeznaczenia po nieudanych próbach głównych bohaterów? Nic z tego.). Faktycznie, zagadka była wielka. Wtem na Widłach zaczęły się ukazywać znaki koloru gnojówki, coś jakby runy.
- Ooch! Runy rolników! Nikt ich nie umiał odczytywać od niepamiętnych czasów! – powiedział Sardas
- Zaraz, zaraz… - odrzekł Bezimienny i podszedł bliżej Wideł – JA TO UMIEM CZYTAĆ!! Tu jest napisane „Kto królem Martyny zostać ma, ten Widły wyjmie bez problemu”!
Niezbyt się to rymuje, ale znaczenie pozostaje to samo. Przez wiele, wiele lat ludzie próbowali wyciągać Widły, jednak nikomu się to nie udało. Khurinis natomiast zyskało na tym duuużo funduszy i turystów. Co się stało z Bezimienny, Sardasem, Svetrasem i Rybałtem? Nasz bohater zajął się profesjonalnym samogoniarstwem, założył nawet własną bimbrownię. Sardas zapłacił czynsz za kasę z zasiłku, który został wprowadzony po polepszeniu finansów Khurinis. Svetras i Rybałt wzięli ślub cywilny i żyli długo i szczęśliwie! Mieli troje dzieci, ładny, rozpadający się drewniany domek na slumsach miasta i ciągłe problemy ze zdobywaniem pieniędzy. To wszystko stało się dzień po wbiciu Wideł (oczywiste, że Svetras i Rybałt dzieci adoptowali). Nikt jednak nie wiedział o tajnych planach Akil-la, który w tajemnicy studiował czarną magię, wraz ze swą nikczemną żoną…

KONIEC

Od autora: Kiedy skończę pisać Gothic 2,25, zabiorę się za Gothica 3 :D Tam Bezimienny będzie musiał uratować Khurinis przed atakiem mrocznych bestii dowodzonych przez farmera Akil-la z żonką.

Oceń:

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz obrazkowy

Komentarze

Odśwież
Avatar Alex828

20 sierpnia 2010, 13:54

Extra poprostu świetne powinieneś książki pisać poprostu cud już widzę napis na książce imie: nazwisko: pseudonim:Kashin
5/5 i do ulu brawoooo!

Avatar PaulaSlotka

15 maja 2015, 15:11

@Alex828: ale jesteś gopia wiierz ola kandora

Avatar PaulaSlotka

15 maja 2015, 15:05

heja nie wiem ja ola kandora.

Avatar
Konto usunięte

25 kwietnia 2015, 10:14

Za długie...Gdzie mogę znaleźć pierwszą część?

Avatar
Lunia21

19 marca 2015, 20:38

Czy autor tego tekstu czytał powieści Trudi Canavan?<3

Avatar Kielbasisko

6 lipca 2014, 12:31

Za dużo tego, jak dla mnie... No cóż jestem tylko kiełbasą...

Avatar derpderpderp

7 marca 2014, 20:03

***iste! Prawdziwa literatura!

Avatar igorfila123

9 marca 2013, 11:45

ja narazie gram w Gothic 3

Avatar karso21

28 stycznia 2012, 16:29

lol duzo tego ale ***iste muahahahahahhahaa..!

Avatar erykonoid

4 lutego 2011, 18:27

jest sporo błędów np. ROZDZIAŁ 1 U SARDASA I W KHURINIS a powinno być ROZDZIAŁ 1 U XSARDASA I W KHORINIS

Avatar
Konto usunięte

7 lipca 2011, 12:32

@erykonoid: Xardasa a nie Xsardasa :p

Avatar NIXDOR

25 stycznia 2012, 14:55

@erykonoid: to było specjalnie

Avatar bartekpl2000

21 kwietnia 2011, 14:58

jakie dlugie kur...!!!! 0/5 bo nie da sie czytac za dlugie

Avatar
Konto usunięte

7 lipca 2011, 12:31

@bartekpl2000: bo czytać nie potrafisz
a tekst 5/5 i o ulu

Avatar polska0987654321

28 maja 2011, 16:37

yoopppiii suppppppppppper extttttttreme fffajnnnnee

Avatar bartol987

11 maja 2011, 19:42

@erykonoid: po pierwsze jak napisał/a lilia to właśnie ma tak być a jak już to u xardasa a nie xsardasa ;p

Za tekst duża piątka i do pszczółek

Avatar Lauraa

6 maja 2011, 23:41

Właśnie fajnie, że długie :D

Avatar chojnice1975

29 marca 2011, 20:27

co to dlugie gowno do jasnej ciasnej

Avatar Trevor_Philips_industries

4 sierpnia 2014, 08:10

@chojnice1975: I dobrze że długie ! bo jak by było krótkie to by była moja ocena 0/5. A moja ocena to 100/5 I do Pszczół :D

Avatar nilia

26 marca 2011, 16:05

erykonoid właśnie o to tu chodziło!
gothica lubię tekst też jest fajny trochę długi
5/5

Avatar domin2110

27 listopada 2010, 18:18

100 na 10 ile to pisałeś

Avatar pawel241241

10 listopada 2010, 21:27

zgodze sie z alex828 a co do tekstu to zaje*isty

Avatar sznurek04

18 lipca 2010, 12:10

fajne to jest!!! tylko troche za długie ale i tak 9999999999999999999999999999999999999999999999999/5

Avatar ghoster

17 lipca 2010, 09:08

Hehe zamiast Xardas to Sardas i Khorinis to Khurinis.

Avatar Bartolla

26 czerwca 2010, 22:01

jakie to długie mi się czytać nie chce!

Avatar Kashin

3 czerwca 2010, 18:02

Cóż... co do następnej części, to dałem pierwszy rozdział do moderacji, ale albo się szefom nie spieszy, albo wolą całość, tyle, że mogliby to po prostu mi napisać! :D A jak taki Syrus chce ze mną pogadać, to mam GG podane w profilu! Korekcji nigdy za dużo, zawsze się znajdzie jakaś niedoróbka...

Avatar Syrus

31 maja 2010, 19:18

To jest świetne :D Muszę Cię poznać, ale to może bardziej na prywatnie ;) Nie mogę się doczekać następnej części, ale pisz ją jak najdłużej żeby była jak najdłuższa i jak najśmieszniejsza, mogę też zrobić korekcję błędów jeśli chcesz :)

Avatar Kashin

23 maja 2010, 22:30

Bardzo dziękuję za Twą dobroć i hojność P_R_O :DD

Avatar
Konto usunięte

19 maja 2010, 15:38

ktos sie tyle tego napisął, gowno, nie smieszne, ale dałem 2 za pisanie bądz za kopiowanie

Avatar
Konto usunięte

14 kwietnia 2010, 18:14

O bosz,jakie długie!Weź któś to w skrócie powiedz o co chodzi bo nie wyrobie!

Avatar domin2110

8 kwietnia 2010, 06:37

zaj****** to żę lubie gothica śmieszny tekst = 10000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000/5

Avatar Kashin

30 marca 2010, 23:53

No i ok, mi nic do tego, ale po co od razu pisać że syf? ;)

Avatar Mnich1

2 marca 2010, 15:34

no dobra rozumiem ale mnie denerwuje pisanie kurnis albo coś w tym stylu x.X

Avatar Kashin

25 lutego 2010, 22:50

A Ty masz avatar... czekaj, niech sam zgadne... Pat

Avatar Kashin

25 lutego 2010, 22:48

No co Ty nie powiesz? :D

Avatar
Konto usunięte

24 lutego 2010, 21:02

kashin wiem skąd masz avatar! Z COD4!

Avatar Kashin

23 lutego 2010, 00:52

Zdołałeś więc przeczytać AŻ tyle: "Wstęp | I oto..." No faktycznie, to jest nudne. Radzę jednak przeczytać nieco dalej, właściwy tekst znajduje się trochę poniżej wstępu ;)

Avatar xxxKacpeRxxx

21 lutego 2010, 22:15

Nuda. Po 3 wyrazach odpuściłem. :p

Avatar janfon

21 lutego 2010, 11:25

Mam kody do gry wszyściuteńkie jakby co mój numer gg 11752754

Avatar janfon

21 lutego 2010, 11:23

To co napisałeś Było (chwila radości ..........) EKSTRAULTRAHIERMEGAODJAZDOWE!!!!!!!!!!!!! 90000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000/10 i do ulu ku***de!!!:) (wziąłem troche z tego co napisałeś i podrobiłem w komentarzu chociarz podrobiłem jedno... i tak było Fajowe.

Avatar Green_4

3 lutego 2010, 23:12

gothic 1, 2, 3 są grami świetnymi. Zrobienie na ich podstawie komedii (parodii) jest pomysłem genialnym. Napisanie czegoś długiego o nich było trudne, napisać to ciekawie jeszcze trudniej, a napisać to jeszcze śmiesznie arcytrudnie!! Wieć nie oceniaj jak się nie znasz, przeczytaj to całe i mozę zmienisz zdanie!!Kashin podziwiam Twoją robotę daję 5/5 i do ulu, a i nie przejmuj sie komentarzami Mnicha1 :)

Avatar Kashin

24 stycznia 2010, 23:17

Dobra, mi już nie chodzi o to, że próbowałeś zmieszać mnie z błotem, każdy ma prawo do wyrazania swojej opinii. Powiedz mi... w jaki sposób oczerniłem gothica? Jakbym napisał że gothic to je...ne ścierwo moze bym i oczernił. Ale tu napisałem parodię na podstawie tej gierki, ja również ją uwielbiam, więc nie mialem zamiaru jej oczerniać. Taki brak poczucia humoru kojarzy mi sie z gościami mieszkającymi w pałacu, że jak ojciec coś powie w garażu to matka usłyszy na strychu (i nie chodzi tu konkretnie o Twoich rodziców, bo oni nie mają nic do rzeczy). Nie będe sie rozpisywał - nie musi Ci się podobać, ale zastanów się, po co od razu pisać że syf? Ach, i jeszcze gratulacje, umiesz czytać! No, może bez zrozumienia, ale to już nieważne mesjaszu. Idź i nauczaj dalej, albowiem za to nagroda Cię spotka, amen.

Avatar Mnich1

16 stycznia 2010, 18:56

nie obraziłeś moich uczuć bo te wypociny mnie nie urażą wydziałem gorsze rzeczy na mój temat po 2 mnie oświeca żarówka a że ciebie mój nick no trudno z głupotą się rodzi nie nabywa po 3 nie jestem zbawicielem ani wysłaniem jak chcesz wierz we mnie ale wiele stracisz po 4 nie czytałem tych wypocin bo mi szkoda życie tylko przeczytałem pierwszy tytuł to wystarczyło

Avatar Kashin

13 stycznia 2010, 21:06

Och. wybacz iż śmiałem twe uczucia zawzięte tak śmiało zniweczyć! Światłość twa swym nieskazitelnym mnichowskim blaskiem oświeciła mój ciemny charakter! Baczcie, oto przyszedł nasz zbawiciel! BTW jak się nie podobało to po co czytałeś? ;)

Avatar Mnich1

3 stycznia 2010, 13:04

co to za syf 1 oczerniania mocnego tytułu jakim jest gothic daje 1
może i specjalnie mówisz khurinis i sardas ale to i tak syf

Możesz opublikować ten tekst na swojej stronie www (np. blogu).
Odnośnik tekstowy:

Podgląd: Gothic II

Bardzo dużo radości sprawi nam też taki link "Teksty":

Podgląd: Teksty

Opisz dokładnie problem, a jeśli potrzeba to zilustruj go screenem.

Opisz problem

Dołącz screena

Sortuj teksty

Kategorie

Polecane teksty

1. Zamiast kazać Ci ruszyć dupę dzwonią po dźwig.
2. Ty tańczysz, a orkiestra podskakuje.
3. Lekarz wykrywa u Ciebie wirusa pożerającego tkanki i daje Ci 35 lat życia.

Zobacz cały tekst

* Dlaczego słońce przyciemnia skórę, a rozjaśnia włosy?
* Dlaczego kobiety nie mogą umalować oczu z zamkniętymi ustami?
* Dlaczego nie ma takich tytułów w gazetach: "Wróżka wygrała w totka"?

Zobacz cały tekst

Tej nocy było bardzo gorąco. Mieszkaniec Amsterdamu z pochodzenia Włoch, który miał w zwyczaju sypiać pod gołym niebem podczas upalnego śródziemnomorskiego lata - postanowił przespać się na dachu.

Zobacz cały tekst

Jeśli czytasz ten poradnik, może to oznaczać, że w twoim sercu zaczyna kiełkować niezwykle szlachetna, zieloniutka jak dziewiczy las tropikalny, potrzeba zostania ekologiem. To wspaniale!

Zobacz cały tekst

Mieszkaniec Astrachania Eugeniusz Frenkiel stworzył teorię totalnej mobilizacji organizmu. W myśl tej teorii zagrożony organizm jest w stanie samą siłą myśli poruszać przedmiotami.

Zobacz cały tekst

Dobrze: Twoja żona jest w ciąży.
Źle: Ma w brzuchu trojaczki.
Bardzo źle: Ty jesteś bezpłodny.

Zobacz cały tekst

Forum Lamborghini:
- Powietrze świszczy pod uszczelkami szyb przy 330 km/h, czy to normalne?!


Forum Bentleya:
- Użyłem dziś popielniczki, gdzie dostanę nową?

Zobacz cały tekst

+ 10
Amerykanie trzęsą się z zimna.
Włoskie samochody nie chcą zapalić.
Możesz zobaczyć swój oddech.

Zobacz cały tekst

W pewnym pokoju na dywanie leżą John i Merry. Są martwi. Nie ma krwi. Dywan jest mokry i leżą na nim szkła.

Zobacz cały tekst

Dzień 1
Wypełniłem boski nakaz i zbudowałem arkę - imponujące dzieło rąk ludzkich. Przepełnia mnie duma a jednocześnie lęk, przed tym, co ma nastąpić. Na pokładzie jest już moja rodzina oraz zwierzęta. Zaczyna się chmurzyć. Chyba się zaczyna. Chwalmy Pana!

Zobacz cały tekst

Popularne teksty z nowych

Niedawno przyszedł do naszej apteki taki fajny chłopak, z 16 czy 17 lat miał. Zanim się odezwał, już wiedziałem po do przyszedł. Nachylił się do mnie, prawie przytulił się do szybki, położył na blacie pięć dyszek i szepce:
- P...poproszę paczkę p...p...rezerwatywy

Zobacz cały tekst

> Bądź mną
> Masz 80 tysięcy długu
> Mieszkaj w mieszkaniu
> Pal trawkę, ale krótko, bo nie stać Cię na więcej
> Przychodzi koleżka z podstawówki
> Dobry qmpel, mądra głowa

Zobacz cały tekst

Moja matka to fanatyczka pelargonii. Tak, dobrze usłyszeliście. Nie interesuje się jak inne matki, kotami, serialami, czy memami z minionkami. Na początku wszystko zaczęło się niepozornie. Coś tam od czasu do czasu gadała, że sąsiedzi mają kwiatki, a ona nie, ale wtedy nie spodziewałem się tego wszystkiego co stało się później...

Zobacz cały tekst

Podobno na łożu śmierci ludzie najczęściej żałują, że w życiu brakowało im odwagi, by żyć dla siebie, a nie w taki sposób, jak oczekują tego od nich inni. Mądre słowa, jak będę umierał, też tak powiem. Kojarzycie tę klasyczną scenkę? Przychodzi do ciebie sąsiad, ciocia, znajomy ojca albo to ty idziesz do kogoś w gości i słyszysz niewinną prośbę:
– Komputer mi nie działa. Ty się znasz na informatyce, możesz rzucić okiem?

Zobacz cały tekst

Mój ziomek to fanatyk informatyki. Pół mieszkania zajebane jakimiś komputerami i częściami do nich. To, że jebany nie podepcze tego wszystkiego to jebany cud. Druga połowa mieszkania zajebana Komputer Światem, CD-Action, Chipem itp. Co tydzień robi objazd po wszystkich kioskach w mieście, żeby skompletować wszystkie informatyczne tygodniki. Do tego nie dosyć, że je kupuje to jeszcze siedzi na jakichś forach dla informatyków i kręci gównoburze z innymi programistami o najlepsze kompilatory itp.

Zobacz cały tekst

Mój sąsiad jest jedną z tych irytujących osób które ze wszystkich sił starają się zaistnieć na YouTube. Przez lata obserwowałem go, jak próbował połknąć cynamon, leżał płasko na masce samochodu, gdy ten powoli odjeżdżał, czy oblewał się wodą krzycząc "epic win", "epic fail" lub "fuck". Dość męczące stało się przyglądanie kolejnym jego błazeństwom, wyczynianym w pogoni za internetową sławą. Kiedy więc zapukał pewnego dnia do moich drzwi i powiedział, że wyjeżdża na parę tygodni i poprosił o odbieranie jego poczty, szczerze mówiąc, poczułem ulgę. Nie potrafię wyjaśnić spokoju który ogarnął mój umysł, kiedy zrozumiałem, że przez dłuższą chwilę nie będę musiał być świadkiem jakiejkolwiek z jego głupot. Zawsze bałem się, że te jego „wyczyny” w końcu wpłyną jakoś na moje życie.

Zobacz cały tekst

Jak ja nienawidzę kur. Gdyby nie to, że są nawet smaczne i produkują tymi swoimi opierzonymi dupami jajka, to przysięgam, że zażądałbym zdelegalizowania ich w Polsce. Jak bardzo takie Dinozarły musiały się stoczyć, żeby tak skończyć. Tchórzliwe małe ku*wy, drą ryje od rana, łażą gdzie im się podoba.

Zobacz cały tekst

My, urodzeni w przeszłości, z nostalgią wspominamy tamten czas. Nikt nie narzekał.

Było nas jedenaścioro, mieszkaliśmy w jeziorze... na śniadanie matka kroiła wiatr, ojca nie znałem, bo umarł na raka wątroby, kiedy zginął w tragicznym wypadku samochodowym, po samospaleniu się na imieninach u wujka Eugeniusza. Wujka Eugeniusza zabrało NKWD w 59. Nikt nie narzekał.

Zobacz cały tekst

Choć wielu walczy z memami niczym z mityczną bestią, większość z nas wie, że bez tej formy ekspresji w internecie nigdy nie byłoby tak wesoło. W gigantycznym zbiorze wszystkich memów, jakie do tej pory zostały stworzone przez internautów, sporą przestrzeń zajmują te poświęcone grom komputerowym. Przygotowaliśmy skromny ranking pięciu gier, które stały się inspiracją dla twórców memów z całego świata na przestrzeni wielu lat.

Przedstawiamy najbardziej memiczne gry komputerowe w historii:

Zobacz cały tekst

Choć niektórzy uważają, że gry komputerowe nie są rozrywką dla inteligentnych ludzi, prawdziwi gracze wiedzą, że większość cyfrowych produkcji wymaga zaangażowania w proces twórczy całego sztabu ludzi. Dobra gra to przede wszystkim doskonała fabuła, a nic nie podkręca opowieści bardziej niż nieoczekiwany zwrot akcji. Wiedzą o tym zarówno pisarze, producenci filmów, jak i twórcy gier. Prezentujemy 10 najlepszych zwrotów w grach, które zapadają w pamięci na długo, nie pozwalając o sobie łatwo zapomnieć. Uwaga! Potężne Spoilery!!!

Zobacz cały tekst

Zima idzie a ja w starych adidasach już miałem dziurę taką, że można było 2 palce wsadzić więc po miesiącu wyrzeczeń dzięki którym zaoszczędziłem pieniądze, poszedłem wczoraj do galerii handlowej kupić sobie porządne buty na zimę. W sklepie CCC znalazłem pic rel. Solidne wykonanie, przystępna cena, modny wygląd- nie zastanawiałem się długo. Wróciłem z butami do domu, pochodziłem w nich po pokoju, poprzeglądałem się w lustrze i czułem dobrze. Jeszcze je solidnie zaimpregnowałem, żeby nie przepuszczały wody i się nie niszczyły.

Zobacz cały tekst

Graj w konterstrajka w kafejce

Wróć do domu

Włącz tv

Pierwsza wieża płonie

Po 5 sekundach wpierdala się drugi samolot

Hehe jaki fajny film

Prezenterka płacze

O kurdebele to TVN24

Zobacz cały tekst

Siems! Myślicie, że jak dostaniecie wędką albo workiem papryki po głowie, raz na jakiś czas to jest wam źle?
Nic z tych rzeczy. Ja mam nienormalnego wujka fanatyka ekstremalnych atrakcji.

Zobacz cały tekst

Pewnego dnia moja wiekowa sąsiadka wracała ze sklepu niosąc dwie torby sprawunków. Z oddali przyglądała jej się sprytna wrona wyraźnie czając się na wystającą z torby porcję rosołową kurczaka. W pewnej chwili wrona przelatując niby mimochodem zrobiła dziobem otwór w siatce i raptownie oddaliła się na bezpieczną odległość, by poczekać, aż porcja rosołowa wypadnie na ziemię.
Jednak sąsiadka nie była wcale prostoduszną staruszką, na jaką mogłaby wyglądać. Lata pracy w Departamencie Zapobiegania Dywersji Polskiego Kontrwywiadu uczyniły z niej niezwykle czujną i podejrzliwą kobietę. Sąsiadka natychmiast zorientowała się, że wrona czai się na jej porcję rosołową, dlatego już wychodząc ze sklepu przełożyła kurczaka do drugiej siatki a w pierwszej niosła dla niepoznaki zwitek kartek z naklejonym kodem kreskowym oderwanym z porcji rosołowej.

Zobacz cały tekst

Pisząc o towarzyszach, wcale nie mam na myśli członków komunistycznej partii robotniczej ani żadnej innej organizacji tego typu. Dzisiaj na celownik bierzemy najciekawszych bohaterów niezależnych, którzy najlepiej spełnili swoje role kompanów w naszych ulubionych grach.

Zobacz cały tekst